Relacja: AC/DC / Warszawa, PGE Narodowy / 04.07.2025

Grupa AC/DC przypomniała podczas znakomitego koncertu na warszawskim PGE Narodowym, że rock’n’roll nie umarł i ma się znakomicie.
Wielu złośliwych twierdzi, że AC/DC od 50 lat gra ten sam utwór. Oczywiście do tego trzeba podejść z dużym przymrużeniem oka. Nawet jeśli w każdym żarcie jest ziarno prawdy, to przecież nie o rozkładanie ich muzyki na czynniki pierwsze chodzi, a o dobrą rockową zabawę. I warszawski koncert po raz kolejny to potwierdził. Można kręcić nosem, że wokalista Brian Johnson już nie jest w tak dobrej formie wokalnej jak kilkanaście lat temu, że z klasycznego składu zespołu został już tylko gitarzysta i lider Angus Young, że niektóre kompozycje zostały zagrane wolniej niż kiedyś (najlepszy przykład to „Thunderstruck”). Można, ale po co? Obserwując tańczących ludzi na trybunach i kilka „ścian śmierci” w tłumie pod sceną widziałem fanów, którzy na 2 godziny przyszli poszaleć przy muzyce rockowej z najwyższej półki. A szaleli nie tylko fani, ale także muzycy. Zdumienie i zachwyt wzbudzała kondycja fizyczna 70-letniego gitarzysty Angusa Younga, który przemierzył na scenie dobrych kilkanaście kilometrów swoim klasycznym „kaczym chodem”. Wylądował także na scenie w pozycji wertykalnej, ale o tym później. Wokalista Brian Johnson przemierzał scenę z od jednej do drugiej strony i miał świetny kontakt z publicznością. Widać było, że kipią w nich pokłady energii.
Program koncertu był przekrojowy, zaczynając od chronologicznie najnowszych „Stiff Upper Lip”, „Demon Fire”, „Shot In The Dark” i „Rock’n’Roll Train” przez nieśmiertelne „Thunderstruck” i pięć numerów z albumu „Back In Black” z 1980 roku czyli pierwszej płyty z wokalistą Brianem Scottem, po klasyki jeszcze z czasów nieżyjącego od 45 lat wokalisty Bona Scotta („T.N.T., „High Voltage”, „Highway To Hell”, „Dirty Deeds Done Dirt Cheap”, „Riff Raff, „Shoot To Thrill”, „Sin City”, „Whole Lotta Rosie”). Większości kompozycji towarzyszyły świetnie dobrane tematycznie filmy wyświetlane na dużym ekranie z tyłu sceny.
Specjalne miejsce zajęły w moim sercu dwie kompozycje zagrane już niemal na koniec koncertu. Już tylko dla tych dwóch numerów warto było przyjść na ten koncert, gdyż były one esencją i niejako podsumowaniem tego czym jest rock i AC/DC. Pierwszy z nich to porywająca wersja nieśmiertelnego „Let There Be Rock” rozciągnięta do granic możliwości. Utwór był popisem Angusa Younga, który pokazał dlaczego jest uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów w historii muzyki rockowej. Czego tam nie było? Znakomite solówki gitarowe, zabawa i przekomarzanie się z publicznością, granie na gitarze leżąc na plecach na podniesionej nad scenę platformie i kręcenie młynka nogami. Mistrzostwo świata! Druga kompozycja to stały „zamykacz” koncertów AC/DC czyli „For Those About To Rock (We Salute You)” na finał którego rozległy się tradycyjne salwy armatnie. To jest właśnie utwór, który jest dla wielu jednym z rockowych hymnów. Jeden z najlepszych finałowych koncertowych numerów w historii.
Jest bardzo możliwe, że ten show był ostatnim występem AC/DC w Polsce. Jeśli tak będzie, to dobrze się stało, że ta ekipa pożegnała się z nami koncertem, który zostanie w pamięci na lata.
Organizatorem koncertu była agencja Live Nation Polska.



