A.A. Williams - As The Moon Rests

"As The Moon Rests" to znakomity następca wydanej 2 lata temu debiutanckiej płyty londyńskiej wokalistki i songwriterki A. A. Williams. Album zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
A.A. Williams wkradła się do serc słuchaczy skromnością oraz dyskrecją, z jaką serwuje swój talent kompozycyjny, wokalny, interpretatorski. Introwertyczna artystka z Londynu nie boi się rzeczy folkowych, ani post-rockowych. Cisza i zaduma są jej równie bliskie, co fale hałasu i instrumentalny gniew. Nagrywała z japońskim Mono, oraz szwedzkim At The Gates. Otwierała koncerty Cult Of Luna, oraz The Sisters Of Mercy. Nie boi się ognia, chociaż ma do obrony tylko wiolonczelę, fortepian i gitarę. Ale na jej najnowszym krążku As The Moon Rests jej głos, ekspresja i wyobraźnia wchodzą na zupełnie nowe terytoria. To już nie jest Forever Blue, albo Songs From Isolation. Tutaj otwierają się wrota do wielu wymiarów równocześnie – przede wszystkim do ponurych, gotyckich krain, gdzie jedyną rzeczą kontrastującą z wszechobecną czernią są blade lica zbłąkanych tu dusz.
Ową czerń co jakiś czas rozświetla erupcja post-rockowego światła, jak choćby w „Pristine”. Głos A.A. już nie jest jedynym kluczem do tej muzyki; teraz unosi się on nad całością tej wspaniałej katastrofy niczym duch z innego świata ponad wymiarem zniszczenia. A za chwilę wszystko znika, a my wracamy w objęcia folkowych kołysanek i dream-popowych marzeń, takich jak „Shallow Water”. Nie mam wątpliwości, że As The Moon Rests jest najbardziej ambitną, złożoną i profesjonalną rzeczą, jaką A.A. i jej zespół kiedykolwiek nagrali. Jej głos także się zmienił – kiedyś porównywana do Cat Power czy PJ Harvey, dziś brzmi bardziej drapieżnie, jak Nico, Shirley Manson czy Siouxsie Sioux. Słychać w jej śpiewie większą pewność siebie, a gdy za jej plecami eksplodują kolejne przesterowane pejzaże czerni i ognia, wtedy staje się jasne, że ta oto artystka odkrywa w sobie zupełnie nowe moce.
Porównanie budowania emocji i napięcia na As The Moon Rests do Godspeed You! Black Emperor nie będzie nadużyciem. Ten krążek trwa 62 minuty – rozwija się nieśpiesznie, balansując między ciszą a hałasem, hipnotyzując kolejnymi słowami, riffami, czy uderzeniami równie skutecznie, co Swans. Nie sądziłem, że w sercu A.A. drzemie tyle mocy i chęci do ‘ataku’, co tutaj. Chcąc nie chcąc, As The Moon Rests stanie się prez to punktem odniesienia dla wszystkich jej kolejnych płyt. Oczywiście, A.A. nie ucieka od bujających, ascetycznych ballad pełnych żalu, skruchy i przemożnej samotności; aczkolwiek, wszystkie one stają dziś w zupełnie nowym kontekście, stanowiąc jedynie elementy podniosłej, nawarstwionej, ekspansywnej całości. Do As The Moon Rests trzeba podchodzić wiele razy, odkrywając jego dobra na raty, po wielokroć, dostrzegając kolejne nieprzypadkowe detale.
As The Moon Rests jest przykładem kroku naprzód w rozwoju artystycznym, bez odcinania się od przeszłości i wyrobionego stylu. A.A. nadal rozpacza nad beznadziejnością istnienia skrywanego przez nasze małe, czarne serca. Ale teraz ta sztuka rozgrywa się na dalekiej po horyzont ziemi jałowej, na wieczność czarnej przestrzeni. Wspomniałem ckliwy element ‘dream’; ale obok niego brzmi też złowrogi element ‘doom’, w takich numerach jak „Alone In The Deep” czy tytułowym „As The Moon Rests”. A.A. doskonale miesza te estetyki – nadzieję ocalałą i nadzieję utraconą, chęć wybawienia jak i pogrążenia się ostatecznie w ciszy i ciemności. Po 62 minutach płyta naglę kończy się. Urywa, przestaje grać. Rozbrzmiewająca po niej cisza jest bardzo wymownym, współgrającym elementem. Słuchacz jest umęczony, ale zadowolony. Wie, że chodził właśnie ciemną doliną, ale wrócił i żyje.




