Ampacity - IV

Trochę niespodziewanie po kilku latach niebytu do czynnej aktywności powróciła trójmiejska grupa Ampacity, racząc słuchaczy nową płytą „IV”.
Przed laty zespół przedstawiano m.in. jako kolektyw poruszający się w klimatach regresywnego rocka, z domieszką wibracji pustyni i kosmosu. Dziś Ampacity to kwartet. W grupie nie ma już wokalisty Jana Galbasa, w związku z czym panowie Piotr Paciorkowski (gitary), Marek Kostecki (instrumenty klawiszowe), Wojciech Lacki (bas) i Sebastian Sawicz (bębny) grają kompozycje instrumentalne. I niejako wbrew tym pozorom, uczyniło to materiał z „IV” bardziej sprawnym i zwartym aranżacyjnie.
Już w pierwszej części otwierającego płytę „A Stranger Fills My Eye” słychać nie tylko kapitalną rytmikę, ale przede wszystkim zgranie. W drugiej części numer wchodzi w rejony bardziej przestrzenne, sięgając nieco psychodelicznych klimatów, by pod koniec połączyć oba te spektra. „Three, Two, One, Void” ma z kolei formę bardziej piosenkową, choć więcej w nim zabaw z klawiszem i rozwiązań perkusyjnych, niż w poprzedniku. Natomiast znany z singla „Some Kind Of Glow” to paradoksalnie jeden z… cichszych fragmentów płyty. W nim wszystkie składowe bieżącego wcielenia Ampacity skupiają się jak w soczewce. Co więcej, słychać w nim również wpływy krautrocka. Najbardziej jednak w klimaty okołokosmiczne grupa udaje się w miarowo narastającym „Spaghettification”, który pod koniec znacznie przyspiesza. Największym zaskoczeniem okazuje się natomiast wręcz funkujące (!) „Edisonade”. To utwór właściwie taneczny, zbudowany wokół sprytnie pulsującej pętli. Album zamyka ponad dziesięciominutowe, bluesująco-krautowe w dużej mierze „Come, Listen”, które puentuje ciekawa kawalkada dźwięków.
Powrót Ampacity to dowód na to, że przyjemność z grania muzyki nie musi być podyktowana presją, czy oczekiwaniami, a może wynikać ze zwykłej radości ze wspólnego tworzenia dźwięków. „IV” przekonuje o tym nienachalnie i wystarczająco.
MACIEJ MAJEWSKI

