Archive - Glass Minds

Uwielbiany w Polsce zespół-kolektyw Archive nie spoczywa na laurach, tylko serwuje zupełnie nowy materiał, który ma szanse stać się jednym z najlepszych w ich dorobku.
Można bez odrobiny przesady stwierdzić, że Archive zajmują w gremialnej świadomości słuchaczy w naszym kraju poczesne miejsce. Obok Francuzów, Niemców i Belgów, to my obdarowaliśmy ich najwierniejszymi sercami, od kiedy „Again” zaistniało w naszym eterze. Polscy słuchacze lubią uproszczenia, a właśnie ta piosenka stała się fundamentem istnienia Archive jako klasycznej marki rocka w naszej świadomości obok znacznie starszych lektur obowiązkowych. Co ciekawe, w rodzimej Anglii ich nazwa pozostaje niszową ciekawostką, jedną z wielu jakie przewijają się przez Londyn, i nie jest powszechnie rozpoznawana ani celebrowana.
Można długo deliberować dlaczego tak jest; w końcu angielskie społeczeństwo nie jest jednolite i nie każdy gustuje wyłącznie w chwytliwych refrenach, genialnych melodiach i klasycznych 3-minutowych pociskach. Żadna z kompozycji Archive taka nie jest – one są długie, złożone tematycznie i stylistycznie, z dużą dozą konceptualizmu i dramaturgii. Są one kolektywnymi hybrydami, z których zbudowane są monumentalne albumy. Archive nie produkują ani klasyków do chóralnego śpiewu na stadionie, ani klubowych hymnów. Są cierniem w uchu słuchacza, gdyż zmuszają do wytężonej uwagi albo nudzą; stąd tak dobrze trafiają właśnie w polskie serca.
I tu pojawia się ich nowy album „Glass Minds”, który przychodzi krótko po okresie wytężonej pracy ze strony Archive. Przecież ‘nie tak dawno’, gdyż w roku 2022 wydali monumentalny, skomplikowany, niełatwy w odbiorze album „Call To Arms & Angels”. Nie bez powodu został on okrzyknięty ich arcydziełem; a jego echo jest odczuwalne do dziś. To materiał do wielu podejść, na raty lub w całości, który pozornie wyczerpał na jakiś czas pokłady twórcze zespołu, jak i głód nowego materiału ze strony fanów. A jeszcze na dodatek Archive wyruszyli chwilę później w długą trasę, w trakcie której wykonywane były ich najbardziej klasyczne longplaye w całości.
Grunt, że „Glass Minds” ukazuje się w momencie, w którym wiele zespołów wzięłoby sobie na jakiś czas wolne. Tymczasem „Glass Minds” udowadnia, że ten zespół odpoczywa tworząc. Podejrzewam, że spiritus movens całej tej sytuacji Darius Keeler, którego problemy zdrowotne już raz stanęły na przeszkodzie w ich działalności muzycznej. Dobrze wiemy, jakim wulkanem energii jest Darius, jak jego obecność i dynamika na scenie wpływa na resztę zespołu; myślę, że tak samo sprawy mają się w studio. To on pcha ich do twórczego wysiłku, motywuje do szukania natchnienia i intensywnego działania, a „Glass Minds” to dobitny dowód na to, że ma rację.
„Glass Minds” jest płytą, która łapie dwie sroki za ogon – tą polską i tą angielską. Polska to ta, która lubi długie, złożone kompozycje, wytrenowana na Floydach i całym rocku progresywnym do którego czujemy taką słabość. Angielska to ta, która ceni brzmienie przebojowe, dynamiczne, alternatywne, ‘uliczne’, czerpiące z elektroniki i scen klubowych, które zapanowały na Wyspach na starcie lat 90. Oba te prądy uformowały to, co określamy muzyką Archive, na którą nie ma krótkiej i zwięzłej łatki. To miejsce, w którym spotykają się tripujące brzmienia z „Take My Head” i „Londinium” z progresywnym, definiującym ich złożony styl „You All Look the Same to Me”.
Gdy słucham „Glass Minds” nachodzi mnie kilka błyskawicznych obserwacji. Po pierwsze, album jest ponownie upakowany (ponad 75 minut). Po drugie, nie ma jednego dominującego oblicza; są rzeczy nastrojowe i emocjonalne, są przebojowe pociski (aluzja do „Bullets” nieprzypadkowa), są wreszcie śmiałe skoki naprzód. Każda kompozycja jest długa i nasycona, do tego stopnia, że album sprawia wrażenie przeładowanego potencjałem singlowym. Każdy z tych 12 numerów zasługuje na wyróżnienie, stanowiąc ciekawą kompozycję bez kontekstu. Problem w tym, że w tej drużynie gra 12 napastników; to jedyny mankament tego albumu.
Te kompozycje idealnie spajają się z dorobkiem Archive, bez eksperymentowania na siłę, stanowiąc logiczny dalszy ciąg ich niestrudzonej wędrówki. Wracamy do strachu i frustracji w obliczu systemu społeczno-polityczno-technologicznego, który pamiętamy z „Controlling Crowds”. To także symbioza dwóch głównych terytoriów Archive – po jednej stronie przebojowe strzały w postaci „Look At Us”, „City Walls” czy utworu tytułowego, a po drugiej czerpane kombinacje, takie jak emocjonalne „So Far From Losing You”, genialne „Wake Up Strange” czy niepokojące „Heads Are Gonna Roll”. Wszystkie bez wyjątku pozostają w głowie na długo.
„Glass Minds” ma wszelkie cechy zbioru kompozycji, do którego chce się wracać. Ich domeną nie są pojedyncze ciosy, lecz właśnie całe albumy. A ten ma wszystko co potrzeba, aby śmiało stanąć na tej samej półce obok klasyków, jak i niedocenianych brylantów takich jak „Lights”. Pomimo swoich rozmiarów, jest powiewem świeżości po „Arms & Angels”, stanowiąc zbiór 12 numerów, z których każdy pcha się na pierwszy plan i jest wart naszej uwagi z osobna. Dawno nie słyszałem tak efektownego intro, co ‘mandarynkowe’ „Broken Bits”, jakby stworzone z myślą o wejściu zespołu na scenę, tak jak „Sirius” Alana Parsonsa czy „Speak To Me” Floydów.
A zaraz po nim płyta prowadzi nas przez Londyn nocą, w czarnym świetle wieżowców i mżawce. Z każdej strony czekają nas agresywne treści i uwodzące kolory, na każdym rogu czuć zapach frytury, a z daleka dobiega stukot wciąż krążących pociągów. Dożyliśmy przyszłości w stylu sci-fi o której marzyliśmy jako dzieci, tylko teraz widać ją bardzo wyraźnie w każdym szczególe, których wcześniej nie rozumieliśmy. Ten świat jest tak samo fascynujący, co przerażający, a postępująca technologia coraz bardziej ucieka naszym kruchym, szklanym umysłom. Walka z cyfrowym opętaniem zaczyna się nie na ulicy, lecz właśnie w masowo skołowanych głowach.
„Glass Minds” to najbardziej wyraziste dzieło Archive od czasu „Controlling Crowds”. To także dawno nie słyszany krążek ‘dla każdego’, bez udziwnień, z wypracowanym do perfekcji rzemiosłem i garścią natchnionych momentów. Z jednej strony nowoczesny prog w stylu Airbag, Gazpacho i solowego Stevena Wilsona, a z drugiej futuryzm a ’la M83. To długa płyta, którą warto sobie porcjować, lub też wyznaczyć czas na niezakłócone przesłuchanie w całości. Brawa dla całej ekipy, dla zamyślonego Danny’ego, dla Dave’a, Pollarda i Lisy na wokalach; ale przede wszystkim dla Dariusa. To jego płyta, natchnienie, uśmiech i dobrze znany taniec na scenie.
JAKUB OŚLAK
ARCHIVE - Warszawa, Torwar, 08.04.2026
Bilety: https://www.livenation.pl/event/archive-warsaw-tickets-edp1619238


