Bel Canto - Radiant Green

Aż 22 lata czekaliśmy na nowy album norweskich mistrzów klimatycznego grania z Bel Canto. Ukazała się ich premierowa płyta "Radiant Green", którą zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
W ostatnich latach usłyszeliśmy sporo płyt zespołów powracających do czynnego grania po dekadach ciszy. Budzą one ciekawość i radość, ale także obawy o to, czego właściwie można się spodziewać? Jeśli dany artysta milczał przez 20 lat, to czy nadal jest w formie, czy jego głos nie pogorszył się z wiekiem, czy nowy materiał wnosi coś świeżego, czy powiela dawną chwałę? ‘Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.’ Po tak długiej nieobecności, nowym materiał może okazać się kulą w płot i burzyć idealny obraz danego artysty, którego nie chcemy psuć. Rzecz staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy mówimy o takim zespole jak Bel Canto – norweskim duecie (na początku trio) powstałym w latach 80 z miłości do synth-popu, darkwave, oraz brzmienia wytwórni 4AD. Na przestrzeni 15 lat, Bel Canto wydało 6 płyt długogrających, z których każda wyraźnie różniła się od poprzedniej, aby następnie rozstać się na długi czas. Wszystkie spina wspólny mianownik w postaci niesamowitego głosu wokalistki Anneli Drecker, a także oniryczne, magiczne, plastyczne brzmienie, za które odpowiada Nils Johansen.
Podchodząc do "Radiant Green" możemy zadać pytanie, jakie Bel Canto otrzymamy? Czy będzie to ich wczesna, nowofalowa wersja z Geirem Jensenem w składzie, czy może ta najbardziej rozpoznawalna, eteryczna, z płyty "Shimmering, Warm and Bright"? A może zespół powróci do momentu, w którym zakończył działalność, we wczesnych latach 2000., gdy ich brzmienie wyraźnie wpłynęło na królujący wówczas styl downtempo? Bel Canto nie lubią się powtarzać, a ich rozpiętość stylistyczna dobrze obrazuje ich poszukiwania tożsamości na przestrzeni lat.
"Radiant Green" to płyta bez jakiejkolwiek presji. 22 lata to dostateczny czas, aby oddalić się, odetchnąć, nabrać perspektywy, spróbować innych rzeczy; i zdecydować o powrocie. To płyta jak żadna poprzednia, a jednocześnie nie pozostawiająca wątpliwości, kto za nią odpowiada. I to jest tożsamość Bel Canto – celebracja przeszłości, refleksja nad teraźniejszością, ale wskazywanie wyłącznie drogi naprzód. Na "Radiant Green" usłyszymy wszystko to, czym Bel Canto czarowało przez lata, ale będziemy mogli odkryć ten zespół zupełnie na nowo.
"Radiant Green" ma kompilacyjny charakter, przywołujący najlepsze momenty zespołu. Wokal Anneli i cała muzyczna oprawa to bezpośrednia inspiracja brzmieniem Cocteau Twins, spójna z późniejszym pokoleniem stylu dream-pop. Anneli potrafi śpiewać w wielu językach, co od zawsze dodawało jej wokalowi magicznego, nierzeczywistego wyrazu. Epatuje z niej spokój, pewność siebie i kosmiczna równowaga, przywołująca rytualność Dead Can Dance, klimat new age, oraz to, co usłyszeliśmy później w muzyce Morcheeba, Hooverphonic i Telepopmusik.
"Radiant Green" to refleksja dorobku i stylu wypracowanego latami przez Bel Canto; to także rzecz twardo osadzona w prawidłach współczesności. Jeżeli cała muzyka rozrywkowa XXI wieku ma jakikolwiek wspólny mianownik, to jest nim różnorodność i coraz wyższy stopień stylistycznej umowności. Gatunki i inspiracje, vintage i nowoczesność, retro i futuro – wszystko jest dziś wymieszane; tak samo jest na "Radiant Green". To płyta, która dopasowuje się do ich wcześniejszego dorobku, brzmi świeżo, teatralnie, a jednocześnie niezwykle optymistycznie.
Głos Anneli opiera się wpływowi czasu, ale nie pozostaje wobec niego obojętny. To nie jest ten sam głos, który w 2001 r. ozdobił „Sparks” Röyksopp, hymn stylu downtempo. Jego wpływ na muzykę Bel Canto jest niepodważalny, podobnie jak twórczość Geira Jensena, króla muzyki ambient, ich byłego klawiszowca, który od lat tworzy jako Biosphere. To jedna z największych umiejętności Bel Canto – potrafią wyłapać co najpiękniejsze w muzyce jaka ich otacza, przetłumaczyć to na swoje brzmienie, które z kolei porusza wyobraźnie kolejnych pokoleń.
JAKUB OŚLAK
