Beth Gibbons - Lives Outgrown

W tym roku minie 30 lat od kiedy ukazało się Dummy Portishead, macierzystej formacji Beth Gibbons. To ponadczasowy album, jeden z najważniejszych w historii stylu zwanego trip-hopem, a także jedna z topowych płyt całej alternatywy lat 90., nowych brzmień, itd. Mimo to, w głowie nie mieści się, aby od tamtego okresu minęło aż tyle czasu. Właśnie o mijającym czasie, między innymi, traktuje nowy solowy krążek Beth Gibbons, o wymownym tytule "Lives Outgrown".
Jej muzyka od zawsze była stylowo ponura, a "Dummy" i cały dorobek Portishead stał się synonimiczny z introwertyzmem, neurotyzmem i depresyjnością w muzyce. Nie inaczej jest tym razem; z tą różnicą, że "Lives Outgrown" pod kątem smutku wchodzi na zupełnie nowy poziom. Na jednym ze zdjęć promocyjnych nowego albumu Beth uśmiecha się. Ta paradoksalna dla niej fotografia nasunęła mi myśl, że "Lives Outgrown" jest rzeczą osobistą, intymną, pogodzoną ze światem, na swój sposób pogodną. I tak do pewnego stopnia jest; ale nie dajmy się zwieść – to nadal melancholia na poziomie wrażliwości duszy większości z nas niedostępnym. Przy smutku "Lives Outgrown" smutek "Dummy" wydaje się młodzieńczą igraszką, środkiem stylistycznym, sztuczką muzyczną, która szybko została wtłoczona w komercyjne kleszcze. Wówczas Beth śpiewała o miłości (lub jej braku) i marności relacji międzyludzkich. Dziś jej piosenki, w naturalny sposób, stają są wyrazem lęków personalnych, przyziemnych, fatalistycznych.
"Lives Outgrown" to zbiór piosenek, który powstawał na przestrzeni 10 lat. Ten fakt przywodzi na myśl inne skojarzenie – film „Boyhood” Richarda Linklatera z 2014 r., kręcony w okresie ponad 12 lat. To dzieło kina traktowało o dorastaniu, dojrzewaniu, wpływie czasu na psychikę, relacje międzyludzkie, całe nasze codzienne otoczenie. Dokładnie o tym samym opowiada "Lives Outgrown", będący zbiorem fotografii, jakie Beth wykonała samej sobie i swojemu życiu na przestrzeni dekady. Ten album to zbiór chwil jej życia, uchwyconych w poetyckie ryzy piosenek. Beth rozmyśla w nich o wszystkim co ją otacza, a co nie stanowiło priorytetu twórczego w czasach, gdy nagrywała "Dummy", jak chociażby rodzina, własne zdrowie, śmierć przyjaciół.
"Lives Outgrown" nie jest albumem, który odcina się od Portishead grubą kreską; to niemożliwe, gdy przy mikrofonie stoi ta sama osobowość, z nieomylnie jej stylem ekspresji. Aczkolwiek, bardziej niż do Portishead, porównałbym "Lives Outgrown" do płyty "Out of Season" projektu Rustin Man, którą Beth nagrała wspólnie z Paulem Webbem z Talk Talk. To rzecz bardziej klasyczna, kameralna, bez udziału typowej dla Portishead elektroniki i nowoczesnych środków wyrazu. Na "Lives Outgrown" mają wyraźniejszy wpływ partie wokalne "III Symfonii" Góreckiego, których niewątpliwego wyzwania podjęła się Beth w 2019 r. Na swój sposób, "Lives Outgrown" to także ‘symfonia pieśni żałosnych’, wykonana samotnie, we własnym domu, do lustra, w ogrodzie.
Kompozycje zebrane na "Lives Outgrown", mimo iż posiadają wspólny mianownik, prezentują szeroki wachlarz odcieni, spójny z nastrojami, które aktualnie przewodziły w życiu autorki. Płyta ewidentnie nie powstała pod kątem jakiejkolwiek dyscypliny, lecz była uchwyceniem chwil, w których akurat natchnienie sprzyjało. W ostatecznym brzmieniu albumu, intymnym acz bardzo wyraźnym i ujmującym, pomogli James Ford (coraz bardziej rozchwytywany producent), oraz stary znajomy Lee Harris (także były muzyk Talk Talk). "Lives Outgrown" to taki album, który przychodzi z czasem, gdy muzykowi już nie w głowie jakiekolwiek rewolucje, lecz rachunek sumienia, swoiste podsumowanie myśli, wspomnień, przeżyć, zanim będzie za późno.
JAKUB OŚLAK


