Błoto - Grzybnia

„Grzybnia”, czyli czwarty album kwartetu Błoto ukazuje się w szczycie sezonu grzybowego w Polsce. To nie przypadek.
O ile poprzedni album grupy „Kwasy i zasady” nawiązywał do relacji międzyludzkich, opisując cechy uniemożliwiające harmonię, to w przypadku „Grzybni” narracja idzie dalej - podkreśla znaczenie współpracy jako podstawowej umiejętności, która może przynieść różne rezultaty – zarówno dobre, jak i złe. Jak to się przekłada muzycznie? Początek jest dość melancholijny, żeby nie powiedzieć – ponury.
„Łysiczka” to numer nadzwyczaj spokojny, miarowy i... zaskakująco smutny. Mimo tego słychać w nim ten błotnisty nerw, znany z poprzednich nagrań grupy. Inaczej rzecz ma się z „Kozakiem”, a więc utworem wypuszczonym jeszcze przed premierą płyty. Miesza się w nim hiphopowa perkusja z katakumbową i trip-jazzową aurą, którą wieńczy coda niczym ze świątyni, płynnie przechodząc w znacznie gęściej podbite „Shiitake”. Tytuł nawiązujący do twardnika japońskiego, rzeczywiście ma w sobie coś z ducha nie tyle muzyki japońskiej, ile w ogóle muzyki azjatyckiej. Z kolei plemienny „Boczniak” mimo zwartego rytmu, rodem z gry komputerowej, coraz śmielej skręca już w stronę improwizowaną. Dominuje ona bowiem w drugiej części płyty. „Prawdziwek” to już szamaństwo, przypominające konstelacje, w której John Coltrane spotyka Pharoaha Sandersa. W tym wypadku Olaf Węgier żeni po swojemu style obu saksofonistów, a wtóruje mu kapitalnymi partiami bębnów Marcin Rak. Pozostałe plany dźwiękowe uzupełnia (a potem także nieznacznie prowadzi) klawiszowiec Marek Pędziwiatr, delikatnie rozpoczynając także fortepianowo „Podostromę”. To już przelot w pełne free, gdzie nie ma co domyślać się kolejnych zakrętów aranżacyjnych, a raczej trzeba dać się prowadzić instrumentalistom. Z każdym kolejnym przesłuchaniem tego utworu, ma się wrażenie nowego otwarcia. Przezorny i narastający „Muchomor” stawia natomiast na niepokojący i dość klaustrofobiczny nastrój. Ciekawie odnajduje się tu iście afrykański „Szatan”, który swoim transowym rytmem i okrzykami w dalekim tle, zwiastuje nie koniec, a celebrację chwili. Zaś puentujący album „Zasłonak”, daje pewne wytchnienie, gdyż mimo syntezatorowego sprzężenia, raczej równomiernie rozkłada dotychczas zbudowane napięcie.
Przyznaję, że kierunki w jakich podąża twórczość Błota z płyty na płytę, frapują. Zmiany nastrojów, klimatów i brzmień są często nieznaczne, ale dzięki nim zespołowi udaje się stworzyć coś nie bardzo zaskakującego, ale zwyczajnie ciekawego. „Grzybnia” to kolejny przystanek tego procesu. Może nieco bardziej ciemny i mroczny, niż wcześniej, ale równie udany i nieoczywisty.
MACIEJ MAJEWSKI

