Blur - The Ballad Of Darren

Niespełna pół roku po tym jak Damon Albarn, Graham Coxon, Alex James i Dave Rowntree weszli do studia, by porozmawiać o nagrywaniu nowej płyty Blur, wyczekiwany na całym świecie album "The Ballad of Darren" trafił do rąk fanów. Jest to dziewiąta płyta w dorobku tego zespołu.
Powrót Blur do życia to nie tylko pretekst do rozpisania kolejnej trasy koncertowej; to także zupełne nowy materiał, który niejako studzi ów rozbudzony entuzjazm wielbicieli zespołu. The Ballad Of Darren nie jest powrotem do brzmienia lat 90, chociaż sam Damon Albarn nazwał go „pierwszym prawdziwym albumem Blur od czasu płyty 13”. Po tych słowach lidera zespołu można oczekiwać co najmniej powrotu brit-pop manii, tak jakby wszystko, co wydarzyło się od końca tysiąclecia ("Think Tank", "The Magic Whip") było nagrywane na siłę, z doskoku, i bez wizji. Status Blur jest niepodważalny – wystarczy spojrzeć na zdjęcia z ich dwóch triumfalnych nocy na Wembley sprzed miesiąca. Aczkolwiek, mocno pomyli się ten fan, który sięgając po "The Ballad Of Darren" będzie oczekiwał równie niepodważalnego triumfu, łez ekstazy, oraz hymnów tej miary, co „Song 2” i „Girls & Boys”. Mnie brzmienie "The Ballad Of Darren" nie dziwi; wręcz spodziewałem się czegoś takiego. Spokojne, idylliczne, melancholijne kompozycje, opierające się na kameralnych wokalizach Albarna, w tym samym ‘szarmanckim’ stylu, co dwie ostatnie płyty Arctic Monkeys. Obecność Jamesa Forda za stołem producenckim jest tego prostym wytłumaczeniem – to on odpowiada za ‘hotelowe’ brzmienie ekipy Alexa Turnera. Dokładnie to samo dzieje się teraz z Blur; aczkolwiek, o ile Monkeys grają gdzieś w Caesars Palace na księżycu, o tyle Blur zabawiają gości hotelu Travelodge w Blackpool. Tak, post-Brexitowa nerwica wciąż udziela się Albarnowi (czego pierwszym symptomem była płyta "Merrie Land" jego pobocznego projektu The Good, The Bad & The Queen), a jego arcygenialna płyta solowa, pełna zadumy i ciszy "The Nearer The Fountain, More Pure The Stream Flows" również nie była przypadkowa.
"The Ballad Of Darren" jest refleksyjna i zrównoważona, osobista i odosobniona, zupełnie jak ten pływak na froncie albumu. To symboliczny obraz, jakby ocean z okładki do "Parklife" okazał się tylko hotelowym basenem. Panowie nie ukrywają czegoś w rodzaju syndromu wieku średniego - kryzysu tożsamości, motywacji i inspiracji – który można odczytywać zarówno pod kątem osobistym, jak i bardziej gromadnym. Tytułowy Darren (prawdziwa postać) to oczywiście komentarz społeczny - ma symbolizować i uosabiać hedonistyczne, bezrefleksyjne cechy Brytyjczyków i oddalania się ich ukochanej wyspy od reszty świata. Jednoczenie ich pod nutami kolejnego hymnu pokolenia, który jutro stanie się hitem barów karaoke w Magaluf na Majorce, nie ma sensu. Zmienić to może wyłącznie autorefleksja, do której mogą zachęcić tylko frapujące, samotnicze, pokojowe kołysanki.
Na "The Ballad Of Darren" znajdziemy kilka wybitnych numerów, takich jak „The Narcissist” i „Barbaric”, a także „The Ballad”, która jest jednym z dokończonych po latach starych pomysłów Albarna. Frontman Blur dojrzewa, zmierzając zarówno w kierunku Lou Reeda, co zmarłego niedawno Tony’ego Bennetta. To wyraźnie jego płyta, osobista, a jednocześnie najkrótsza w dorobku Blur, tak jakby autorzy chcieli wydajnie wykorzystać uwagę świata na przedstawienie mu nie uderzenia rozrywki, lecz subtelności poezji. Cieszy mnie, że zespół parający się muzyką dla mas, nawet w formie indie rocka, nie stworzył produktu masowego, lecz płytę dedykowaną, terapeutyczną. "The Ballad Of Darren" nie ucieszy każdego; rodzina fanów Blur może być nim nawet zawiedziona. Ale, w świetle drzewa genealogicznego płyt, jakie stworzyli w ostatnim czasie członkowie Blur, ma ona jak największy sens.
JAKUB OŚLAK



