Bonnie "Prince" Billy - The Purple Bird

Wydaniu nowego krążka Willa Oldhama, znanego jako Bonnie ‘Prince’ Billy, będzie towarzyszył podwójny wieczór koncertowy w Warszawie, będący zwieńczeniem jego wizyty w Europie.
Niestrudzony Bonnie ‘Prince’ Billy nie zaskoczył nikogo, wydając nowy album. Ten tytan pracy ma na swoim koncie niezliczoną ilość płyt, solo, w kolaboracji, jak i w konfiguracjach zespołowych (gościnnych występów nie wspominając). Niewątpliwie przypomina w tym innego stachanowca muzyki, Neila Younga, z którym łączy go, gdy się nad tym zastanowić, bardzo wiele. Obaj lubią ‘americanę’, czyli kulturowe treści, które definiują tożsamość napływowych mieszkańców Ameryki Północnej. Obaj lubią także robić wszystko na przekór wszystkim, czyli na własną rękę, nawet jeśli ta ręka otoczona jest zastępem pomocników i współpracowników.
Nade wszystko, lubią łączyć to wszystko w jednym miejscu. W przypadku Billy’ego, tym miejscem jest nurt nazywany alt-country – mieszanka brzmień country, folk, bluegrass, a nawet gospel, ale poza głównym nurtem muzyki głębokiego Zachodu, wręcz po przeciwnej stronie amerykańskiego kontynentu. To nie eleganckie Nashville, gdzie dumne Grand Ole Opry jest tym dla bardów z kowbojskich kapeluszach, czym Royal Albert Hall dla gitarzystów rockowych. Muzyka Billy’ego to kurniki przed domami pośrodku niczego, chwila zadumy nad pełnym gwiazd południowym niebem, jak i posuwisty taniec pod wpływem bimbru ukrywanego w szopie.
Takich muzyków jak on słychać w ostatnim czasie coraz więcej, są oni chętnie witani w Europie, a ich brzmienie nie jest kojarzone tyle z klasycznym country, co z ‘duchowym’ punkiem – graniem na przekór wszystkiemu, sobie a muzom i kurom na podwórku, podobnie jak uwielbiani na Starym Kontynencie Seasick Steve, Lambchop, czy David Eugene Edwards. To, co zawsze wyróżniało Billy’ego z tłumu, a co zjednało mu wielu fanów, to ciepło i brud brzmienia. Jego muzyka niosła ten przyjemny, domowy nastrój, zakurzoną produkcję, oraz liryczne ekwilibrium otwartości i tajemnicy. Tak jak na „Master and Everyone”, „I See a Darkness”, czy „Beware”.
Dlaczego „niosła”, a nie „niesie”? Dlatego, że płyta „The Purple Bird” jest zgoła inna od tych wspomnianych krążków. Wiadomo, dzielą je dwie dekady, a muzyk tak płodny jak Billy siłą rzeczy musi zmieniać swoje brzmienie, aby nie stać w miejscu. Wspominałem Neila Younga, przecież jego płyty także są mocno zróżnicowane i dwie losowo wybrane tytuły z jego dyskografii nie muszą wcale brzmieć podobnie. Tak samo u Billy’ego – „The Purple Bird” jest rzeczą bardziej mainstreamową, niż wspomniany kanon. Słychać jest, że zainwestowano w produkcję, przez co zyskała dynamika brzmienia, ale jednocześnie przebito ten balon intymności i nastroju.
Co nie znaczy automatycznie, że „The Purple Bird” to zła płyta; przeciwnie, słucha się jej z dużą przyjemnością, jak wszystko co nagrał Billy (chociaż nie sugeruję, że słyszałem to wszystko). Mój podstawowy zarzut do niej jest czysto akademicki – zwyczajnie wolę te płyty, na których Billy operuje sam, bez zastępu towarzyszących muzyków. Płyta na której poza Billym słychać szesnastu muzyków nie może być intymna i nastrojowa. Niektóre numery brzmią genialnie, jak „Boise, Idaho”, „New Water”, czy „Sometimes It’s Hard to Breathe”, ale zaraz obok nich są zupełne knoty, w stylu „Tonight With the Dogs I’m Sleeping” czy „Guns Are For Cowards”.
Produkcja i zróżnicowanie „The Purple Bird” to dwa elementy, które nie pozwalają mi myśleć o niej jako o topowej płycie Billy’ego. Jest na niej dużo dobra, do którego wiem, że będę często wracać; ale zaraz obok nich są też fragmenty, które będę przeskakiwać. Tym bardziej, że mówimy o artyście, który nagrał kilkadziesiąt płyt długogrających, więc jest w czym wybierać. „The Purple Bird” zwyczajnie usiłuje schwytać zbyt wiele srok za ogon na raz. Poza Neilem Youngiem słychać tu i Cata Stevensa i Glena Hansarda i Mighty Oaks. Gdzieś w tym gąszczu może zatem umknąć ten, na którym nam w tym momencie najbardziej zależy, czyli sam Billy.
JAKUB OŚLAK
BONNIE "PRINCE" BILLY, Warszawa, Pardon To Tu, 20-21.05.2025: BILETY


