Chrystabell & David Lynch – Cellophane Memories

Chrystabell ponownie połączyła siły ze swoim artystycznym guru Davidem Lynchem i nagrała "płytę, którą artystka osiąga pewne świadectwo dojrzałości, zarówno w oczach publiczności, jak i zapewne siebie samej".
Znajomość Chrysty Bell i Davida Lyncha sięga początków XXI wieku, kiedy aspirująca do sławy dziewczyna z San Antonio zaczęła szukać szczęścia w Los Angeles. Mistrz zadurzył się w nowej muzie i od tamtej pory wspiera Chrystę na wszelkie sposoby, aby ta zaistniała w świadomości publiczności. Podobnie jak Andy Warhol angażował Nico do swoich projektów artystycznych, na czele z The Velvet Underground, tak Lynch i grono oddanych mu twórców inspiruje, komponuje i produkuje jej muzyczne wysiłki. Nie oznacza to automatycznie, że jest to nieciekawy materiał, służący jedynie za kaprys młodej protegowanej, cieszącej się sympatią legendy kina.
Podobnie jak Nico, Chrysta posiada wiele artystycznych atutów, dzięki którym jej muzyki słucha się w zaciekawieniem. Patrząc na sprawę powierzchownie, mamy tu do czynienia z ambitną osobą, która czy to w filmie czy w muzyce czy w modelingu, chętnie będzie próbować swoich sił, tak długo jak oznacza to odzew widowni. Aczkolwiek, w błędzie będzie ten, kto od razu spisze jej muzykę na straty. Podobnie jak Nico, Chrysta, być może będąc świadomą swoich ograniczeń wokalnych, potrafi na tyle intrygująco śpiewać, aby zaciekawić, zaintrygować, i zaczarować słuchacza; oraz wpędzić go w swoje wampirze sidła, zawieszając na haku obok Lyncha.
Fani twórczości mistrza w pierwszej kolejności skojarzą Chrystę ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Inland Empire”, gdzie brawurowo wykonała ujmującą piosenkę „Polish Poem”, która następnie ozdobiła jej debiut "This Train". Był to udany, typowo ‘lynchowski’ album, eteryczny, artystyczny, dark-jazzowy, przypominający dokonania Lyncha i Julee Cruise. Ich kolejna epka "Somewhere In The Nowhere" była czymś odmiennym. A obecna nowość, czyli "Cellophane Memories" to coś jeszcze innego od dwóch poprzednich płyt. To duży atut tego albumu, a jednocześnie powód do uznania dla Chrysty, która usiłuje wyrobić sobie opinię artystki dojrzałej i niezależnej.
"Cellophane Memories" to rzecz, która została nagrana po okresie współpracy Chrysty z innymi twórcami, na czele z Johnsem Parishem (tym od PJ Harvey), oraz Marciem Collinem (tym z Nouvelle Vague). Dzięki tym wpływom i talentom, Chrysta rozwinęła swoje horyzonty, próbując sił w bardziej dynamicznych, popowych, nowoczesnych kierunkach, dzięki którym jej wizerunek muzy Lyncha zostałby zrównoważony niezależną twórczością. I to opłaciło się, albowiem po powrocie do współpracy z mistrzem Chrysta prezentuje się jako artystka dojrzalsza, wiedząca czego chce, poszukująca tożsamości twórczej, zamiast tej stricte popularnej, celebryckiej.
"Cellophane Memories" jest płytą niezwykle spójną, brzmiącą jak jedna długa piosenka, nagrana techniką nakładania na siebie warstw śpiewu w jeden niesamowity, oniryczny kolaż wokalny. To gra miraży, powidoków, barw i nastrojów wszystkich kompozycji we wspólnym basenie. Wracamy do muzyki eterycznej, sennej, dream-popowej, stanowiącej znak firmowy Lyncha. Aczkolwiek, bardziej niż zbiór nastrojowych piosenek z "Twin Peaks", "Cellophane Memories" przedstawia abstrakcyjne pejzaże malowane odcieniami czerni i bieli, jakie mógł wymyślić tylko wizjoner klasy Lyncha. Większe znaczenie od tego o czym śpiewa ma to, jak śpiewa.
Skojarzenia stylu śpiewu Chrysty z wokalizami Elizabeth Fraser przychodzą na myśl w sposób naturalny; aczkolwiek, gdybym miał porównać "Cellophane Memories" do czegoś bardziej konkretnego, to wskazałbym eksperymentalne albumy Davida Sylviana, na czele z Manafon i Blemish, a także solową płytę Marka Hollisa (nagraną po rozwiązaniu Talk Talk). To płyta, którą artystka osiąga pewne świadectwo dojrzałości, zarówno w oczach publiczności, jak i zapewne siebie samej. Warto wspomnieć, że dwie kompozycje zostały oparte na nieznanej wcześniej muzyce, jaką przed śmiercią dostarczył Lynchowi jego wierny druh, wielki Angelo Badalamenti.
JAKUB OŚLAK

