Closterkeller - Argento

Closterkeller wraca z nową płytą po ośmiu latach i udowadnia, że srebro potrafi świecić mocniej niż złoto.
Kilka dobrych lat czekaliśmy na kolejny kolor na płytowej palecie barw jednej z najbardziej charakterystycznych grup w Polsce. Aż trudno uwierzyć, że tuż przed wejściem do studia grupę opuścił gitarzysta Michał „Jaro” Jarominek. Paradoksalnie, to właśnie ten moment otworzył drzwi do ponownej współpracy z Mariuszem Kumalą – muzykiem, który przez osiem lat wcześniej współtworzył charakter brzmienia Closterkeller. Mimo, że gitary Kumali wypełniają album charyzmą, tak jakby nigdy nie opuściły tej przestrzeni, trudno nie odnieść wrażenia, że powrót do przeszłości stał się początkiem czegoś nowego.
"Argento", jedenasty album zespołu, to materiał w pełni niezależny, dopieszczony w każdym detalu, pozbawiony dróg na skróty. Zamiast błysku mamy tu świadomą, organiczną dojrzałość. Pod całym tym dobrem kryje się nie tylko żywa chemia między nowym-starym składem, ale także wkład Adama Toczko, uznanego inżyniera dźwięku, który złożył materiał nie zatracając starego ducha zespołu. Brzmieniowo "Argento" bliżej do "Bordeaux" niż do "Viridian" – jest bardziej miękko, cieplej, wciąż jednak z tym samym DNA: ciemne światło, emocjonalny teatr i duchowe napięcie. W srebrnych dźwiękach wracają też starsze albumy, słychać echa "Graphite" czy "Cyan" co wiele mówi o konsekwencji zespołu wobec stworzonego przez siebie stylu.
Całość ma strukturę jak film o miłości i przemijaniu, w którym każdy kadr jest osobną sceną: „Marina von Hoche” snuje gotycką, przewrotną opowieść o kobiecie z wiktoriańskiego domu, "Cień wilka" uderza z agresywną energią, „Mój sen srebrny” płonie jak stos heretyków, a „Białe wino” sączy się delikatnie, zmysłowym głosem Anji Orthodox, który ciągle potrafi zmiękczyć stal. W serce zapada „Xiomara” – utwór-kręgosłup całego albumu. Ciężar i monumentalność osiągają apogeum w „Końcu czasu”, utworze absolutnym, rozpiętym między bytem a jego rozpadem. Na sam koniec przychodzi „Argento” – krótkie, dwuminutowe outro, które zamiast wielkiego finału zostawia… ciszę i niedosyt.
Closterkeller znowu nagrał album, który nie potrzebuje wielkiej wytwórni, by brzmieć potężnie. Z pełnią praw do utworów i artystyczną wolnością, zespół udowadnia, że mroczny wymiar rocka w Polsce nie jest reliktem, tylko żywą, pulsującą formą ekspresji.
To nie jest płyta przebojowa. I całe szczęście. "Argento" nie ma być playlistą w tle, tylko muzycznym rytuałem dla uważnych. To materiał, który dojrzewa z każdym przesłuchaniem, odsłaniając coraz subtelniejsze warstwy – jak dobrze skomponowane perfumy, w którym nuty bazy ujawniają się dopiero po czasie. Albo jak klasyczne wino. W epoce szybkich singli i jednosezonowych zajawek "Argento" przypomina, że sztuka zapadająca w pamięć to nie sprint, tylko długodystansowy proces.
EWELINA MAREK




