Coals - Sanatorium

Po letniej ep-ce „Rewal” sprzed dwóch lat, duet Coals wraca z pełnowymiarowym wydawnictwem. „Sanatorium” ma jednak nieco inną aurę, niż poprzednik.
Coals ponownie zapraszają nas do swojego świata, gdzie w gąszczu niepokojących, nokturnowych i nieco nostalgicznych dźwięków oraz pejzaży, pojawia się nadzieja na lepsze jutro.
I rzeczywiście – słychać to już od pierwszych dźwięków otwierającego płytę, energetycznego, nieco drum’n’bassowego, znanego z singla „nowego świata”. Głos Kasi Kowalczyk, mimo swojej stałej oniryczności, ma tu w sobie więcej śmiałości i… zaskoczenia, zwłaszcza w refrenie. Inaczej rzecz ma się w nieco łamanym, acz dość dreampopowym „duuuchu”, który brzmi trochę jak transmisja z zaświatów. Ale i tu na pierwszy plan wysuwają się różnobarwne głosy Kasi, które delikatnie unoszą się nad podkładem. Jest też niepokojąca, także znana z singla „Plaża”, która na tle dość miarowego bitu w warstwie lirycznej, wzbudza poczucie niepewności, czego najlepszym dowodem są powtarzane słowa: Stoję tutaj jak stalowa rzeźba/Szukam siebie znowu w tylu miejscach.
Z kolei nieco kołysankowa „primabalerina” z gościnnym udziałem Huberta, to nie pierwsza w już w dorobku Coals opowieść z pogranicza jawy i snu. Dublet „reflektory” i „w południe” tworzy natomiast przyjemną bujająco-pulsującą atmosferę, zaś teksty obu zdają się w pewnym stopniu zazębiać. Kapitalnym wyłomem jest natomiast utwór „ferie x lat temu”, naznaczony brzmieniem gitary, który za sprawą swojego nostalgicznego charakteru i pomimo ‘zimowego’ tekstu, ma w sobie coś z lata. Całość przypomina w jakimś stopniu „Lato 2002” z albumu „Tamagotchi”, wydanego 7 lat temu. Z kolei „Veronica 2” zdaje się być nie tyle kontynuacją utworu zespołu sprzed dekady, ile jej skromną repryzą. Ciekawie zestawiono ze sobą „kurort” i „wuj”. Pierwszy ma aurę kojąco-taneczną, a drugi - breakbitowo-soundscape’owy ‘ozdobił’ nieco przerażający tekst, dotykający w jakimś stopniu konfliktu pokoleń. Z kolei „czar”, obudowany rytmicznym bitem, sprawdzi się jako swoisty pewniak koncertowy. A skoro jesteśmy przy rytmicznych bitach, to ciekawym odejściem od pewnej coalsowej normy jest ten do „batalijii” – szybki, nerwowy i odrobinę połamany. Tuż przed końcem płyty zespół raczy nas jeszcze zwartą „^.^ bryzą”, by zakończyć dość bujnymi, popowymi wręcz „dzwonami”.
Coals nadal poruszają się w swoim własnym świecie – sennym, niedopowiedzianym i dość złożonym emocjonalnie, ale i nie obawiają się w pewnym stopniu eksperymentować z tą formułą. „Sanatorium” to nie tyle płyta dla wieloletnich fanów duetu, ile przede wszystkim dla tych, którzy zwracają uwagę na rozwój twórczości Kasi i Łukasza.




