Cold In Berlin - Wounds

Piąty album Cold In Berlin, a jednocześnie pierwszy od sześciu lat zatytułowany “Wounds”, przesuwa granice stylistyczne grupy w kierunku elektronicznym.
Grali już między innymi gotyk, post-punka i doom. I w każdym z tych gatunków odnaleźli się co najmniej poprawnie. Tym razem Cold In Berlin raczą nas także dozą transowego industrialu, o czym świadczy chociażby otwierający “Hangman's Daughter”. Niepokojąco wybrzmiewa natomiast “12 Crosses”, gdzie przejmujący wokal Mai Berlin - nie po raz pierwszy zresztą w twórczości grupy - balansuje na granicy teatralnego lamentu. Zaś znacznie bardziej gitarowo robi się w “Messiah Crawling”, gdzie stoner-doomowy riff i perkusyjny groove iście halucynogennie kołyszą.
Kapitalnie wypada z kolei synth-balladowy “They Reign”, w którym głos Mai znakomicie wypełnia pierwszy plan. Inaczej rzecz ma się z “The Stranger”, który serwuje pełnowymiarowe brzmienie całej grupy - soczyste, przejrzyste, a jednocześnie potężne. Spory wymiar przebojowy ma natomiast “We Fall”, gdzie miażdżący riff z początku przeplata się z delikatniejszą, zamgloną gitarą. Buduje to znacznie bardziej ‘filmowy’ klimat, niż w przypadku dość zwartych poprzedników. Natomiast esencję płyty stanowi “The Body”, który niejako skupia całościowo wszystkie elementy “Wounds” w jedno, a wraz z poruszającą narracją Mai o ciele, trafia w sam środek. Tym bardziej zaskakuje nieco końcówka albumu z przeciętnym, acz tym razem nieco przesadzonym wokalnie “I Will Wait” oraz zamykającym, dość nużąco-jednostajnym “Wicked Wounds”.
Gdyby nie wątpliwy koniec, “Wounds” stanowiłoby zestaw niemalże idealny. Lepiej by się bronił, gdyby był ep-ką, zwłaszcza, że te dotychczasowe w dorobku Cold In Berlin wypadały dotąd interesująco. A ponieważ grupa potrafi utrzymać swoich słuchaczy w pewnym napięciu, nie zdziwię się, jeśli wzbogacenie formuły zajmie jej kolejne kilka lat.
MACIEJ MAJEWSKI



