Collage - Over & Out

Mija 27 lat od kiedy Collage wydali ostatni album studyjny; ale, zaprawdę powiadam, warto jest czekać szmat czasu, jeśli na końcu tęczy otrzymujemy płytę taką, jak "Over and Out".
Dla słuchaczy, którzy śledzą poczynania ‘polskiego Marillionu’ część zebranych tu kompozycji nie będzie nowością; zespół prezentował publicznie „Man in the Middle” i „A Moment a Feeling” podczas objawień na żywo, od kiedy ustabilizował się jego obecny skład. „What About the Pain” i “One Empty Hand” również były już prezentowane, w pewnych swoich wersjach, niekoniecznie zapiętych pod szyję. A zatem, czy cokolwiek z nowego albumu jest w istocie nowością? Tak – kompozycja tytułowa, w całym swoim 22-minutowym majestacie. Ale to tylko szczegóły, które nie mają większego znaczenia. To, co ma, to fakt powrotu Collage do życia na pełen etat, po latach podchodów, z Bartoszem Kossowiczem na wokalu i Michałem Kirmuciem na gitarze – i z nowym longplayem za pasem.
Wspomniałem oczywiste porównanie do zachodniego wzorca, które przylgnęło do Collage już od debiutanckich "Baśni" – i to się nie zmienia. Kalejdoskop tematyczny, złożone kompozycje, majestatyczne klawisze, przenikliwe solówki, melodramatyczny wokal – znamy to wszystko. W rocku progresywnym, paradoksalnie, ów progres już dawno temu przestał obowiązywać – a zaczęła efektowność wykonania, geometria i scenariusz albumu, siła ekspresji i zdolność przykucia uwagi. A ta na "Over and Out" ma co podziwiać. Już na starcie, czyli okładce, mamy wyraźną deklarację w postaci reprodukcji jednego z najbardziej znanych obrazów Zdzisława Beksińskiego; rzecz jasna, nie po raz pierwszy. Można to odczytać jako powrót zespołu do miejsca w którym zakończyli – bez rewolucji, bez skoków przez rekina, ale za to z sercami pełnymi zapału do gry i chęci do przedstawienia się publiczności ponownie, w zupełnie innej rzeczywistości, jakby na innej planecie.
"Over and Out" powstawał oficjalnie 5 lat, na co z pewnością miał swój wpływ okres pandemii. Słuchając tego krążka odnoszę wrażenie, że czas ten wydłużyło także dążenie do doskonałości. Siła napędowa Collage, czyli Wojciech Szadkowski (perkusja), Krzysztof Palczewski (klawisze) oraz Piotr Witkowski (bas), wyraźnie szukała jak najmocniejszego, jak najcelniejszego uderzenia w prog-rockowe sedno, ale bez szaleństw w postaci koncepcyjnych 2-płytowych rock-oper. Każdy numer jest super-dopracowany, pełen detali i zdobień, a jednocześnie dynamiki, szaleństwa i natchnienia. Każdy z piątki muzyków trzyma się planu, ale gdy nadchodzi właściwy moment wyskakuje przed szereg. Kossowicz przechodzi sam siebie w partiach tytułowej kompozycji („I can’t see the light!!!”), Kirmuć udanie transmituje swojego wewnętrznego Steve’a Rothery, a Palczewski klawiszami nadaje całości bardzo fajnego retro-80’s klimatu – ale tak, jakby to zrobił Rick Wakeman, czyli po wirtuozersku.
Na pierwszy rzut oka album zawiera ‘tylko’ 5 kompozycji, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że trwa 1 godzinę, wtedy każde prog-rockowe serce zaczyna bić mocniej. Tym bardziej, że płytę spina piękna klamra – muzykę otwiera i zamyka pulsacyjny odgłos kardiomonitora, być może odmierzający pozostałe chwile pacjenta uwięzionego w śpiączce. Wszystko, co słyszymy pomiędzy, to jego życie, przemykające mu teraz przed oczami duszy jak dobrze znany, ale dawno nie oglądany film. Na wierzch wychodzą frustracje, lęki i niespełnione marzenia, a także, być może w mniejszej ilości, dobre wspomnienia i chwile radości. Razem z nim przelatujemy ponad życiem, dostrzegając w nim dobrze znane szczegóły. Jesteśmy widzami monodramatu, w którym sami, mimowolnie, zaczynamy brać udział. Muzyka wciąga i płynie przez utwory i tematy, rzucając nas po meandrach serca i duszy, wspomnień i lochu zapomnienia, służąc w jakiś przewrotny sposób otuchą i pokrzepieniem.
"Over and Out" nie jest albumem koncepcyjnym, ale jego moc upatruję w perfekcyjnej, kompletnej całości. Mimo iż tytułowa suita, pędząca mozaika tematów, dźwięków i słów, wypełnia 1/3 płyty, to nie dominuje reszty jak „Echoes” czy „Atom Heart Mother”. Dalej czekają nas niby znajome, a jednak zupełnie świeże niespodzianki, na czele z „A Moment a Feeling”, moim ulubionym numerem tej płyty. To kwintesencja prog-rocka, prawdziwy tour-de-force, zamknięcie w 10 minutach sensu tej pokręconej muzyki, której tak wielu oddaje pokątnie cześć, a która pozostaje niezrozumiała przez drugą połowę ludzkości. Każda z pięciu kompozycji ma nam coś do powiedzenia, coś swojego, choćby fragment, tak jak każdy z pięciu muzyków. Dużo tu symetrii i symboliki, którą można interpretować do woli. Tym bardziej, gdy po wysłuchaniu całości dźwięk monitora pulsu niepostrzeżenie rozpoczyna płytę od nowa. Oto pozycja obowiązkowa w temacie prog-rocka, nie tylko rodzimego.



