Crippled Black Phoenix – Sceaduhelm

RecenzjaJakub OślakCrippled Black PhoenixSeason of Mist2026
Crippled Black Phoenix – Sceaduhelm

Uwielbiany w Polsce kolektyw muzyków dowodzonych przez Justina Greavesa przynosi nam kolejny, a jakże, zupełnie nowy album pełen owoców natchnionej, twórczej furii.

Crippled Black Phoenix to zespół, który nie wydaje nowych płyt; oni otwierają wrota do kolejnych komnat. Szczególnie w ostatnich latach, ‘kriple’ zaskakują rozmachem, płodnością i natchnieniem: po epickiej, podwójnej „Banefyre” przyszła równie epicka i podwójna „Wolf Changes Its Fur But Not Its Nature + Horrific Honorifics Number Two”. I gdy wydawało się, że zespół nałożył swoim fanom dostatecznie dużo towaru do przetrawienia i przyswojenia na jakiś czas, wjeżdża na bladym, smutnym księżycu zupełnie nowy materiał. I nie będę ukrywał – to kolejna fascynująca transmisja ze świata koszmaru, z którego niekoniecznie chcemy się budzić.

Mogłoby się wydawać, że po dwóch blisko położonych, rozłożystych albumach, „Sceaduhelm” będzie pełnić rolę ‘dodatku’ – czegoś, co nie zmieściło się podczas poprzednich sesji, a co niewątpliwie zasługuje na uwagę fanów muzyki ciężkiej i epickiej. Nie tylko ja mam problem z prostym określeniem ich muzyki, podobnie jak Archive (te formacje są sobie pod paroma względami bardzo bliskie). Wiadomo, że będzie mrocznie i progresywnie, że środek ciężkości będzie zakorzeniony w metalu (tak jak Anathema, Opeth i Ulver), ale co to w zasadzie jest? Słuchając kolejnych albumów CBP, zadaję sobie pytanie, skąd my idziemy i dokąd zmierzamy?

To są właśnie te komnaty, pełne głosów, duchów, lęków i znaków, a im dalej i głębiej, tym więcej pytań, a coraz mniej odpowiedzi. To jedna długa i jakże fascynująca wędrówka labiryntem dźwięków, ruchomych scenografii, nastrojowego ambientu, progresywnej złożoności, metalowego mroku i czadu, koktajlu wokali, motywów i zmiennej dynamiki. ‘Kriple’ tryskają pomysłowością, biegając po tym labiryncie jak dzieci po centrum handlowym, rozwiązując kolejne zagadki i przekraczając progi kolejnych wrót. A my biegniemy za nimi, zauroczeni tańcem barw, hipnotycznym otoczeniem, dynamicznym wykonaniem i zaraźliwą koncepcją.

„Sceaduhelm” jest konsekwencją twórczego pchnięcia, jakie zespół odczuł w okolicy płyty „Great Escape”. Słychać, że Greaves i jego drużyna czerpią już nie tylko ze źrodła sludge/ doom/ i post-metalu, tłumacząc jego założenia na coraz bardziej progresywne, kosmiczne struktury. Ewidentną kulminacją tego były dwa ostatnie podwójne albumy. Tymczasem „Sceaduhelm” zadaje zupełnie świeże uderzenie, sprawiając, że zespół brzmi nie tylko jak Pink Floyd na „Time”, lecz także Soundgarden na „Black Hole Sun”. Po jednej stronie gniew i frustracja, po drugiej blask i fascynacja, a po drodze wszystko, co spotyka artystów na niepohamowanym haju.

Muzyka CBP nie potrzebuje nazwy, podobnie jak ich albumy i kolejne utwory nie potrzebują tytułów. Ich płyty słuchają się w całości, jednym tchem, po wielokroć, bez rozrywania opakowania i wyciągania elementów. Tak jak Swans czy Motorpsycho, CBP przeżywają totalny renesans swojej twórczości, zaciągając słuchaczy w miejsca o których nie śniło się nawet tym, którzy polubili ich od pierwszego wejrzenia. Greaves i jego ekipa znaleźli coś, co zamienia ciszę w złoto, a obłoki czadu i artyzmu w których się unoszą wydają się póki co nie mieć końca. Fascynujący materiał, który jest tylko częścią prawdy – a i tak zasługuje na miano płyty roku.

Powiązane materiały