Darkside - Nothing

Elektryzująca ekipa dźwiękowych naukowców z Nowego Jorku powraca w powiększonym składzie, przynosząc nam swój najlepszy krążek z dotychczas wydanych.
Najpierw była spontaniczna EP-ka, nagrana w przeciągu kilku godzin w hotelu w Berlinie. Tuż po niej wydano genialny debiutancki album „Psychic”, który do dziś stanowi punkt wyjścia twórczości zespołu. A potem przyszedł hiatus – i wydawało się, że „Psychic” będzie jednorazową aferą, aż do czasu pandemii covidu-19 i powrotu w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Kolejny album „Spiral” był nieco problematyczny – nie był aż takim powiewem świeżości jak debiut; ale jego okoliczności sprawiły, że nie miało to znaczenia. A teraz przychodzi czas zmierzenia się z wyzwaniem pod tytułem ‘trzeci album – i co dalej z tym fantem zrobić?’.
Oto w skrócie biografia nowojorskiego Darkside, którzy w ekspresowym tempie zaliczyli podstawowe kamienie milowe życia zespołu muzycznego. A teraz przed wydaniem ich nowego longplaya zespół powiększył się – do Nicolasa Jaara odpowiedzialnego za elektroniczne czary i Dave’a Harringtona operującego na gitarach, dołączył Tlacael Esparza na perkusji. Do tej pory za rytm Darkside odpowiadały automaty, więc obecność żywego drummera od razu sugeruje upgrade ich muzyki. Ten układ trzech wszechstronnych muzyków przypomina The Smile – i nie pomyli się ten, kto przyrówna te dwie ekipy do siebie pod kątem nieszablonowości repertuaru. Tylko tak można opisać kunszt Darkside – porównując go do innych twórców. Na styl ich muzyki nie ma nazwy, dlatego jest ona tak pociągająca. Gdy Jahr i Harrington spotkali się w owym hotelu mieli w głowach mnóstwo szczegółowych pomysłów, ale brak ogólnej wizji. Właśnie to legło u podstaw ich twórczości: ich styl to kolaż innych stylów – jest tu i mrok i taniec, ambient i trip-hop, dub, dubstep, są wpływy jazzu, krautrocka i psychodelii. Muzyka Darkside jest Różowa, tak jak The Legendary Pink Dots, wcześni Tangerine Dream i Pink Floyd. To oniryczna transmisja, która rządzi się swoimi prawami, a która zmienia barwy i kształty jak w kalejdoskopie.
To wszystko wiemy z pierwszych dwóch albumów. A jak w ich kontekście wypada „Nothing”? W mojej ocenie, genialnie. To najlepszy krążek z całej trójki. Jest w tym zasługa perkusisty, który dodaje tu werwy i dynamiki; ale to nie jedyna przewaga. Panowie Jahr i Harrington widzą najjaśniej, gdzie leży ogół ich płyty, a nie tylko poszczególne jej części. Nadal te kompozycje są zbudowane z kolażowo poukładanych, posiekanych składników – ale ich kompozycja, w całej rozciągłości, jest tu lepiej rozplanowana. Ten album atakuje już nie tylko atrakcyjnością składników, ale efektem końcowym, a jest nim wciągająca, porywająca, nowatorska całość. Koncepcja i konstrukcja albumu to jedno. Dynamika i werwa to drugie. Ale jest jeszcze to trzecie – tego albumu po prostu się słucha, podziwia jego elementy i artyzm, porusza do rytmu i daje się porwać. Z całej trójki „Nothing” jest propozycją najbardziej taneczną i rytmiczną, która równie chętnie zagląda do dziedzictwa free jazzu, co „nowych brzmień” (IDM, downtempo, trip-hop) ze swoich najlepszych czasów. „Nothing” to fuzja inspiracji, powabu vintage, emocji teraźniejszości oraz wizji dni następnych. To rzecz, której pomysły i wpływy dostrzega się nawet po kilkunastu przesłuchaniach, za każdym razem inaczej, ale zawsze atrakcyjnie i świeżo.
Darkside porównuje się do The Flying Lotus, Four Tet, a nawet Animal Collective. Ja bym raczej przywołał nocny Burial, wyklejanki The Avalanches, oraz ciężkie UNKLE. To transmisja trzech dusz i trzech mózgów, usiłujących zmieścić jak najwięcej myśli w jak najkrótszą ilość minut. Każdy nowy artysta staje do walki o uwagę z coraz większym bagażem inspiracji, jak i ‘konkurencji’. To już nie czasy, gdy wystarczyło, że młody chłopak znalazł gitarę ojca i zaczął grać. Teraz do muzyki podchodzą naukowcy, habilitowani we własnej fascynacji, usiłujący wydestylować swój styl. Darkside udała się na sztuka, a „Nothing” to ich najlepszy moment.
JAKUB OŚLAK
