David Byrne With Ghost Train Orchestra – Who Is The Sky?

Po wielkim sukcesie “American Utopia”, David Byrne przynosi nowy solowy krążek. Czy jednak jest to album, który da się podziwiać bez względu na kontekst jego wydania?
Reaktywacja Talking Heads pozostaje pobożnym życzeniem ich fanów od ponad 30 lat. Ich brzmienie emancypowało nową grupę słuchaczy, która oczekiwała czegoś innego, niż męski, skórzany rock, czy plastikowy, taneczny pop. Oto przed nimi stanął okularnik w za dużym garniturze, który melodeklamował słowa przypominające teksty Patti Smith czy Lou Reeda, introwertyczne, teatralne, o wysoce intelektualnym zabarwieniu i poczuciu humoru. Byli przeciwieństwem mainstreamu, podobnie jak Ramones, a jednak z zupełnie innej planety. Ich wpływ na pokolenia fanów i innych muzyków był natychmiastowy, nieunikniony i długotrwały.
Nic zatem dziwnego, że każdy najmniejszy ruch z ich strony spotyka się z reakcją fanów, którzy wierzą i czekają. Cała czwórka przecież żyje, jest zdrowa i pozostaje aktywna twórczo; a o tym jak dużo jest chętnych na powrót tej muzyki niech świadczy tegoroczna trasa Jerry’ego Harrisona z Adrianem Belew. Jest tylko jedna osoba, która nie chce tej reaktywacji – to właśnie ów wysoki okularnik w garniturze, który utrzymuje, że reszta zespołu jest poniżej jego możliwości i aspiracji. Podobnie twierdził Peter Gabriel, gdy opuszczał Genesis, aby odpalić karierę solową. A mimo to, wielu zwolenników wciąż liczy, że „stare” Genesis ma jeszcze szanse powrócić.
Ostatni czas przyniósł dużo znaków, że temat reaktywacji Talking Heads może być czymś więcej, niż mrzonką fanów. Do kin weszła remasterowana wersja „Stop Making Sense”. Ukazał się także spóźniony o 45 lat teledysk do „Psycho Killer”, z Saoirse Ronan w roli głównej. Po trzecie, i najważniejsze, na profilu Davida Byrne pojawiła się zapowiedź czegoś wielkiego. Od razu zagotowało się wśród widowni – czy to jest ten moment? Nie. David Byrne niejako wykorzystał moment uwagi, aby wypuścić nowy solowy album „Who is the Sky?”, opatrzony długą trasą koncertową. Odgłos zawodu był odczuwalny w każdym zakątku świata Talking Heads.
Taki kontekst premiery nowego krążka sprawił, że wielu zainteresowanych podeszło do tematu z rezerwą. Ostatni solowy album Byrne’a „American Utopia” był wspaniałym materiałem i wielkim sukcesem, ale gdy słucham „Who is the Sky?” odnoszę wrażenie, że Byrne po prostu chciał nagrać ten sam krążek ponownie. I to jest jego porażka, z kilku ważnych powodów. Po pierwsze, pomiędzy rokiem 2025 a 2018 (gdy wychodziła „Utopia”) leży krater odmiennych nastrojów społecznych. Po drugie, poprzedni album współprodukował Brian Eno, a nowy to dzieło Kida Harpoona; różnica jest zasadnicza. Po trzecie, głos Byrne’a osłabł, a słowa stoją w miejscu.
Znów mamy do czynienia z płytą, która jest wesołkowata, nawet jeśli skrywa głębszą liryczność, niepokój i melancholię; jednak przez ową skorupę przebić się coraz trudniej. „Who is the Sky?” nie przynosi nic nowego względem „Utopii”, a wręcz cofa się do takich płyt jak „Feelings” czy „Look Into the Eyeball”, które od dawna są czasem przeszłym. Solowe płyty Byrne’a nigdy nie wzbudzały powszechnego zachwytu, stanowiąc bardziej element szerszej koncepcji, niż rzecz samą w sobie. Tak było z „Utopią”, która dopiero w trasie pokazała, jaką dysponuje mocą. Mam wrażenie, że i tym razem Byrne wydał materiał specjalnie pomyślany na wizytę w trasie.
Tylko czy zależy nam na muzyce, która jest pretekstem, przyczynkiem, wstępem? Nie lubię artystów tworzących materiał studyjny z myślą o trasie, których uwaga nie skupia na tu i teraz. To zagubienie pewnych ideałów – marzeń o płytach, które trzymają słuchaczy przy głośniku przez długie godziny. Być może David Byrne nigdy nie podzielał tych ideałów; ale gdy istniało Talking Heads, każdy z ich krążków można nazwać historycznym, takim, który wywarł wpływ na całe pokolenia, nawet jeśli nigdy nie ujrzały one zespołu na żywo. I zdaje się, że już nie ujrzą
JAKUB OŚLAK




