Delerium - Signs
Bill Leeb i Rhys Fulber z kanadyjskiego Front Line Assembly zaprezentowali nowy album pobocznego projektu Delerium.
Bill Leeb i Rhys Fulber, kanadyjscy elektronicy współtworzący Front Line Assembly, słyną nie tylko ze stachanowskiej dyscypliny pracy, ale i przepastnego portfolio projektów pobocznych. Jeden z nich, czyli Delerium, istnieje w zasadzie tak długo, jak FLA, ewoluując razem z nim i służąc Leebowi i Fulberowi jako ‘drugi etat’. Delerium wymyślone zostało jako ‘produkt uboczny’ FLA, ale z czasem nabrało własnej tożsamości, czego dowodem była ewolucja brzmienia, kilka popularnych albumów, a nawet jeden przebój. Mówię tu o „Silence”, ze śpiewem Sary McLachlan, które eksplodowało po remiksie Tiësto. Ten jeden numer, a także sukces albumów Karma i Poem sprawiły, że Delerium stało się bytem zupełnie niezależnym od FLA, a jego brzmienie zdobyło nową grupę zwolenników, którzy niekoniecznie gustują w ‘codziennych’ elektro-industrialnych rytmach z jakich słyną Leeb i Fulber. Dowodem na to, że Kanadyjczycy nie zaniedbują swojego ‘drugiego dziecka’ jest regularność z jaką wydają albumy jako Delerium.
"Signs" to nie tylko najnowszy odcinek dobrze znanego serialu – to ogniwo fascynującego łańcucha dźwiękowego, jakim od zarania był ten projekt. O ile na początku Delerium w naturalny sposób stanowiło industrialne, dark ambientowe tło dla FLA, o tyle później nastąpił zwrot akcji w postaci zmiany kierunku poszukiwań na bardziej przystępne, optymistyczne i ujmujące klimaty ‘muzyki świata’, new age i ambient, spopularyzowane przez Enigmę. Leeb i Fulber nie kryją, że słynny projekt Michaela Cretu był ich inspiracją – i tak można najprościej opisać to, czym Delerium się para do dziś. Aczkolwiek, różnica polega nie tyle na ‘mroku’ Delerium, będącym dziedzictwem industrialu z jakiego wywodzą się Leeb i Fulber, co jego nowoczesności.
Urok "Signs" to adekwatność do współczesności przy zachowaniu standardów, jakich możemy oczekiwać po Delerium. Obowiązkowy punkt to anielskie wokale, za które odpowiada Mimi Page (znana z poprzedniej płyty "Mythologie"), oraz Phildela, Inna Walters oraz Kanga. Do tego ‘gotycki’, bolesny romantyzm, hipnotyczne downtempo i zatrzymana atmosfera. "Signs" to nie tylko ścieżka dźwiękowa do nienakręconego filmu, lecz znak czasu, który wykorzystuje to, co piękne w roku 2023. Wiele pomysłów Leeba i Fulbera można określić jako futurystyczne, cyber-punkowe – gdyby powstały w latach 90., obok Future Sound of London. Dziś, gdy żyjemy w przyszłości, te dźwięki stanowią naturalny soundtrack skąpanych w refleksach słońca wieżowców, szklanych piramid i billboardów, z których posyłają nam uśmiech modele wyposażeni w najnowsze implanty oczu i uszu. Inna wielka inspiracja Leeba i Fulbera to "Łowca Androidów", zarówno w postaci prozy Philipa K. Dicka, filmu Ridleya Scotta, a przede wszystkim muzyki Vangelisa. "Signs" transmituje także i tą fascynację, wiarygodnie i utopijnie. Słychać to w pięknym „In the Deep”, poruszającym „Falling Back to You”, malowniczym „Coast to Coast”, ujmującym „Remember Love” i finałowym „Absolution”. Piosenki efektownie przeplatają się z kompozycjami instrumentalnymi, przez co "Signs" brzmi etapowo, ale gładko. Przy wielokrotnym odsłuchu co chwila odkrywamy nowe szczegóły i fragmenty, których jeszcze chwilę temu tam nie było. Jest new age, są anielskie głosy, jest nowoczesność, jest cyber-punk. Mokre sny o przyszłości i wizje światów stały się widokiem za oknem, o ile tylko potrafimy spojrzeć na nie z lotu kapsuły ratunkowej, lub ze sterującej wszelkim przekazem wieży kontrolnej.
"Signs" różnią się od tego, z czego Delerium zasłynęło na "Karma" i "Poem". A jednocześnie, słychać że to dzieło tych samych twórców. Biologia zespoliła się z technologią, nie wiemy, co rzeczywiste i naturalne, a co wymyślone i zaprogramowane. "Signs" brzmi jak ziszczona wizja science-fiction, jak i materiał odnaleziony po totalnej zagładzie, hybrydy zaplątane we własne DNA. Utopia myli się z dystopią, nagrania i projekcje z życiem, a sample i syntezatory z głosem i fortepianem. A wszystko to wciąż należy do tego samego starego, wspaniałego świata, który jednocześnie zmierza do unicestwienia i wybawienia. A my możemy to obserwować, podziwiać, trwając w przerażeniu i fascynacji. Wielkie brawa dla Leeba i Fulbera za to, że w furii pracy ukazują światu nie tylko solidne produkcyjniaki, ale wielkie płyty, których pewnie i tak zbyt wiele osób nie odnajdzie i nie rozpozna.
