Depeche Mode - Memento Mori

RecenzjaDepeche ModeMute Records2023
Depeche Mode - Memento Mori

Depeche Mode zafundowali nam na nowej płycie sentymentalną wycieczkę do lat osiemdziesiątych.

„Memento Mori” to płyta o wyjątkowym, nawet jak na burzliwą historię Depeche Mode, ciężarze gatunkowym. Wiadomo: jest to pierwszy album wydany po śmierci Andy’ego Fletchera, a co za tym idzie wokół tej premiery powstało pytanie: jak Martin Gore i Dave Gahan zareagują na odejście nie tylko kolegi z zespołu, ale także przyjaciela? Ale to nie wszystko: od przynajmniej dekady każda nowa płyta Depeche Mode jest uznawana za tą, która może być ostatnią w ich dorobku, a śmierć Fletcha oraz niedawne udane solowe wydawnictwa Gore’a oraz Gahana te obawy tylko napędziła. I jeśli „Memento Mori” ma być rzeczywiście ostatnim fonograficznym dokonaniem Depeszów to żegnają się z nami w bardzo dobrym stylu.

Nowy album wręcz ocieka brzmieniami rodem z lat 80-tych. Na ten kierunek wskazywał już pierwszy singel „Ghosts Again” i jak się okazało Martin Gore, który jest muzycznym mózgiem Depeche Mode ustawił niemal na całej płycie ster w stronę synth-popu i klimatów a la Kraftwerk (nawiązania do niemieckiej grupy słychać chociażby w „People Are Good”, „Caroline’s Monkey”, „Wagging Tongue” czy zgrzytliwym industrialnym „My Favourite Stranger”). Ciekawe, ale znakomita większość kompozycji na „Memento…” brzmi jakby pochodziła z sesji nagraniowych ostatniego solowego wydawnictwa Gore’a „The Third Chimpanzee” z 2021 roku. Biorąc pod uwagę to, że sesje nagraniowe „Memento Mori” rozpoczęły się właśnie 2 lata temu, być może Martin przemycił pewne niewykorzystane pomysły na nową płytę macierzystego zespołu.

Jednak nie samym synth-popem „Memento Mori” stoi. Płytę otwiera niepokojące, industrialne „My Cosmos Is Mine”, które niejako ustawia ciemny klimat tego krążka. Mamy też trzy balladowe perełki. Pierwsza z nich to „bondowskie” w klimacie „Don’t Say You Love Me”, która z powodzeniem mogłaby być jednym z najjaśniejszych punktów na ostatniej solowej płycie Dave’a Gahana. Kolejna to danie specjalne od Martina Gore’a czyli zaśpiewane przez niego piękne „Soul With Me”, a absolutnym opus magnum jest zamykające album (kto wie czy i nie dyskografię DM?) ambientowo-delikatne „Speak To Me”.

„Memento Mori” na pewno nie jest najlepszą płytą Depeche Mode i pewnie nie jest nawet kandydatem do TOP5 albumów tego zespołu. Jest jednak w tej muzyce coś intrygującego i wciągającego. Być może to smutek oraz nostalgia za latami osiemdziesiątymi wyraźnie słyszalne w tych piosenkach? A może kilka naprawdę pięknych melodii? To po prostu fajna płyta doświadczonego zespołu, który nie musi już niczego nikomu udowadniać i chce dać swoim fanom odrobinę radości oraz wzruszeń w tych ciężkich czasach.

GRZEGORZ SZKLAREK

Powiązane materiały