Dirty Three – Love Changes Everything

Jak brzmieliby The Bad Seeds, gdyby grali bez Nicka Cave’a? Bardzo możliwe, że tak, jak Dirty Three.
Jim White, Nick Turner i Warren Ellis znają się od lat 80., gdy zupełnie przypadkiem postanowili pograć razem na gitarze, perkusji i skrzypcach. I tak mijają już 32 lata od kiedy grywają razem, gdy tylko życie pozwoli. Wszyscy trzej są wędrowcami, zaangażowanymi w wiele projektów. Zadania nie ułatwia im geografia – Turner mieszka w rodzimej Australii, White rezyduje w Nowym Jorku, a Ellis w Paryżu. Ale gdy tylko nadarza się okazja, spotykają się i trenują wzajemną chemię. Tak powstał ich najnowszy album "Love Changes Everything".
Dirty Three nigdy nie pasowali do jakiegokolwiek dopływu głównego nurtu. To wyraz pasji muzyków, którzy losowo znaleźli się w jednym miejscu i porozumieli emocjonalnie. Jest to dla nich okazja do wyładowania kreatywnego bagażu, na jaki nie pozwalają im inne formacje. To eksperymentalna, post-rockowa, jazz-rockowa, awangardowa sesja spirytystyczna, podczas której Ellis, Turner i White przywołują pierwotnego ducha muzyki – bez słów, bez nacisków i nalotów, w oderwaniu od standardów danego czasu. Transmitują to, co im w duszy gra, co zasłyszeli w różnych przestrzeniach i co chcą przekazać sobie nawzajem, miastu i światu.
Styl Dirty Three najłatwiej jest opisać przez porównania. Udział skrzypiec Ellisa przypomina fusionowy kunszt Jean-Luca Ponty w Mahavishnu Orchestra, a także typowo post-rockowe zagrywki z jakich słyną chociażby Godspeed You! Black Emperor oraz A Silver Mt. Zion. W grze całego Dirty Three słychać echa najsłynniejszego trio współczesnego jazzu, czyli Keith Jarrett-Gary Peacock-Jack DeJohnette, a także magicznych eksploracji dźwiękowej oszczędności i ascezy, jaką Talk Talk zainspirowali świat w ostatnich latach swojego istnienia. We wszystkich tych przypadkach mówimy o sztuce czystej, pozbawionej narzuconego przez autora znaczenia.
"Love Changes Everything" od reszty dorobku Dirty Three dzieli aż 12 lat, co można wytłumaczyć innymi zobowiązaniami muzyków, szczególnie rosnącej roli Ellisa w The Bad Seeds. Trasy, nagrania, próby, obostrzenia i trzy kontynenty – to wpływa na oszczędność z jaką Dirty Three oddają nam swoją muzykę. Mimo to, słychać postęp jaki zespół uczynił, od kiedy udawało im się być w jednym miejscu częściej i bardziej regularnie. W porównaniu do ich wcześniejszych albumów, np. "Horse Stories" czy "Whatever You Love You Are", "Love Changes Everything" jest dojrzalsze, natchnione, eksperckie, jakby zespół już nie poszukiwał, gdyż już wie, czego chce.
"Love Changes Everything" jest rzeczą, która opuściła terytoria post-rocka i wspomnianych albumów, a zamiast tego oddała się wpływom jazzu sensu stricte. Nie ma już typowo post-rockowego narastania dźwięku, a zamiast tego jest rozmowa instrumentów w niszowej kawiarni, nad nie całkiem pełnymi szklaneczkami. Nie spieszą się, chociaż czas mają ograniczony. Celebrują siebie nawzajem, nadrabiają czas nieobecności, relacjonują sobie wszystkie dźwiękowe przygody, w jakie byli od ostatniego razu zaangażowani. Pamiętacie ich flagowy numer „Sue’s Last Ride” i tą akustyczną falę uderzeniową? Tu tego nie ma i nie będzie.
"Love Changes Everything" to wytrawna płyta. Panuje tu spokój, opadanie, nastrój ambientowy, jakby przygrywało nam wspomniane trio Keitha Jarretta, albo gdy Cluster spotkali Briana Eno. To muzyka, która wygląda do nas z okna hałasu i nigdy nie układa się w melodie. To gra nastrojem, intelektem, emocjami. Można utyskiwać, że brakuje tu tego zęba i napięcia, jakie płynęło z ich wcześniejszych albumów. To fakt, aczkolwiek, jest to taka sama prawidłowość jak to, że "Ghosteen" The Bad Seeds nie ma w sobie dzikości i prądu "Let Love In". Na szczęście nie musimy wybierać pomiędzy tymi albumami, tylko słuchać ich wszystkich, w zależności od nastroju.
JAKUB OŚLAK
