Dola - Tabernakulum

RecenzjaDolaPiranha Music2024
Dola - Tabernakulum

Dola na swoim trzecim albumie „Tabernakulum” zagłębia się w odmęty mroku, przyglądając się jednocześnie zmierzchowi świata.

Poprzednie dwie płyty tria ustawiły ich w dość niełatwej relacji z odbiorcą, bowiem mieszanka black metalu, niełatwej awangardy, a nawet jazzu, okazała się tyleż intrygująca, co momentami konfudująca. Z „Tabernakulum” jest jeszcze inaczej, bo zespół skręcił w kolejną boczną ścieżkę, prowadzącą nie tylko przez las. Następujący po intrze „Drzwi” utwór tytułowy, zaskakuje otwierającym, dość groove’ującym riffem, który pomimo kilku blackowych wirów, zupełnie nie traci nośności. Po dwóch minutach i dwudziestu sekundach całość zamienia się w… właściwie zupełnie inną kompozycję – katakumbową, ujazzowioną, naznaczoną upiornie-bestialskimi wokalami na dalszych planach, by pod koniec powrócić do części głównej. Ta okazuje się mieć teraz ładunek jeszcze cięższy, bliższy sludge’owi, którą wieńczy swoiste ‘piekiełko’.

„Tysiąc razy” uświadcza natomiast free-jazzowym wprowadzeniem naznaczonym głównie trąbką Matrasa i bębnami Stempola , a przede wszystkim ‘filmowym’ dialogiem. Esencję tych ponad 9 minut stanowi jednak blackmetalowa eskapada, mieniąca się zmiennością tempa, aurą, wrażliwością (tak!) i podprogową transowością. Zresztą najlepiej ten epicki utwór oddaje fragment tekstu w nim zawarty: „I już prawie jestem w tym momencie/w objęciu piękna i odrazy/jeszcze tylko jedno cięcie/a będzie tysiąc razy”. Niepokój bije za to z dziwnie zgrabnej „Chimery”, która z jednej strony brzmi jak sfermentowane Radiohead, a z drugiej – ujmuje zwartością wobec pandemonicznie-eposowych wokali. Z kolei w dużej mierze lunaparkowo-crimsonowy „Oszust” z gościnnym udziałem Roberta Śliwki z Ugorów, to jeszcze jeden dowód nie tylko szerszego obycia stylistycznego zespołu, ale i swoiście muzycznego poczucia humoru. Ilekroć bowiem słucham tej kompozycji, tylekroć nabieram się na jej formułę, a jest to jeden z najciekawszych fragmentów całej płyty. Rytualne „I nawet nie usłyszysz kiedy to się stanie” w tym miejscu, to już czysta przyjemność, którą najpierw funduje trąbka Matrasa, a następnie sludge’owy taran, pod koniec urozmaicony jeszcze blackową pętlą . Natomiast słowa „szukałem dziury w całym/znalazłem dziurę w głowie” stanowią jeden z najcelniejszych zwrotów, jakie słyszałem w polskiej muzyce w tym roku. Album kapitalnie zamyka początkowo dość ruchliwe „A światłem jest gniew”, płynnie przechodzące w warstwę muzyczną, zdecydowanie wyróżniającą się największą przebojowością (pomimo wyraźnie blackmetalowej końcówki) spośród całej zawartości trzeciego albumu Doli.

„Tabernakulum” jest przygodą. To mroczna, podróżniczo-refleksyjna płyta, która z każdym kolejnym przesłuchaniem skłania ku większej refleksji (polecam zagłębić się w teksty, mimo iż w dołączonej do wydania książeczce wyglądają jak skany z nieco zużytego modlitewnika) i dokłada doznań sonicznych. To najbardziej frapujący (póki co) album Doli, a jednocześnie kolejne świetne wydawnictwo, jakie ukazuje się w barwach Piranha Music w tym roku.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały