Dream Theater - Parasomnia

Powrót Mike’a Portnoya do Dream Theater przyniósł triumfalną trasę koncertową, oraz zupełnie premierowy materiał, którym zespół wraca na należne sobie szczyty twórcze.
Powiadają, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki; nie dlatego, że się nie powinno, lecz dlatego, że się nie da. Wszystko przecież płynie, jak woda w rzece; nawet jeśli znajdziemy to samo miejsce na brzegu, to i tak woda nie będzie ta sama. Ta starożytna mądrość Heraklita z Efezu jak ulał pasuje do zespołów rockowych wracających z dalekiej podróży do działalności w złotym lub nawet oryginalnym składzie po latach nieobecności. Takich, którzy próbują siłą rzeczy sięgnąć do swoich korzeni, aby przywołać wartości i brzmienie, dzięki którym zaistnieli.
Ale co to ma do rzeczy, skoro Dream Theater znikąd nie wracają? Ta amerykańska formacja będąca symbolem progresywnego metalu nigdy nie zawiesiła działalności; a mimo to, ich nowa płyta „Parasomnia” brzmi jak krążek powrotowy, taki na który fani zespołu czekali od dawna. Powrót jest, ale jednoosobowy – chodzi rzecz jasna o Mike’a Portnoya, współzałożyciela Dreamów i jednego z najbardziej pracowitych i charyzmatycznych perkusistów, jakich nosi ten świat; oraz człowieka, którego można bez kontrowersji nazwać duszą tego zespołu. Powody odejścia Portnoya z Dream Theater w 2010 nie są jasne; być może musiał odetchnąć i skupić się na swoich innych projektach (Liquid Tension Experiment, Transatlantic, The Winery Dogs, The Neal Morse Band), aby dojść do jedynego słusznego wniosku. W Dream Theater zastąpił go Mike Mangini; i chociaż pod kątem warsztatu nie można mu nic zarzucić, to jednak nie jest on chorążym tego zespołu. Jego czas w zespole zbiegł się ze spadkiem jakości kolejnych ich albumów (chociaż są i tacy, według których ów spadek zaczął się jeszcze za Portnoya).
I tak dochodzimy do powrotu Portnoya do Dream Theater, triumfalnej trasy koncertowej (chociaż naznaczonej jego osobistymi tragediami), a w konsekwencji także nowego albumu. Czy zatem po „Parasomni” można spodziewać się powrotu Dream Theater na szczyty ich możliwości, jakimi oczarowali świat na albumach „Awake” czy „Train of Thought”? Na pewno takie były oczekiwania wielu słuchaczy, ale czy nowy materiał im podołał? W mojej ocenie tak, to kapitalna płyta, głęboki oddech, powiew świeżości i powrót na właściwe tory twórcze.
Czasem mniej znaczy więcej, nawet w progresywnych permutacjach muzyki rockowej. Wspólnym problemem albumów, jakie Dream Theater nagrali z Manginim za perkusją jest to, że są to płyty przekombinowane, wydumane, bez ekwilibrium w zespole. Nieobecność Portnoya sprawiła, że na czoło de facto lidera grupy zdecydowanie wysunął się John Petrucci, kaskader gitary, wokół którego dźwiękowych detonacji i salt śmierci zostały zbudowane wszystkie ich płyty w ostatniej dekadzie. Teraz nastąpił powrót równowagi, od której przecież tyle zależy.
Ową równowagę słychać od absolutnie pierwszych dźwięków „Parasomni”, którą otwiera ten okrutny budzik. Motywem przewodnim krążka są koszmary i zaburzenia snu, które prowadzą do szaleństwa. Temat stary jak świat, wielokrotnie już przerabiany, ale nie on jest tu najważniejszy. To, co stanowi o świetności tej płyty to jej miodność – tego albumu po prostu się SŁUCHA. „Parasomnia” wciąga i porywa, bawi i oczarowuje; i gdy tylko się kończy, od razu chce się wysłuchać jej od nowa, czego nie mogę powiedzieć o żadnej z ostatnich płyt Dream Theater.
Czym jest to spowodowane? Zespół jest ostry jak żyleta, jak rozgrzany mechanizm, przez który przepływa życiodajna elektryczność. Dream Theater ponownie brzmi jak zespół, a nie zbiór naukowców-wirtuozów. Możemy nie lubić popisów Petrucciego czy melodramy Jamesa LaBrie, ale tutaj obaj zostali przywołani do porządku i ustawieni w szeregu. Nikt nie przekracza linii, nikt nie jest ważniejszy – podwójna stopa Portnoya, legato Petrucciego, bombastyczny wokal LaBrie, spalinowy bas Johna Myunga i magia klawiszy Jordana Rudessa. Wszystko jest na miejscu.
Ale „Parasomnia” to coś więcej, niż tylko dobrze naoliwiony, zgrany zespół. To także nowa wartość; jako się rzekło, nie ma powrotu do brzmień z których pamiętamy „Awake” czy „Train of Thought”, nie ma aż takiej ofensywy dźwiękowej, jak wtedy. Co to znaczy? „Parasomnia” jest płytą łagodniejszą w obyciu, bez grama tłuszczu i przesady. Jest doskonale dopracowana, wymuskana w detalach i natchniona w przekazie. Bardziej niż „prog metal” brzmi jak „prog rock z elementami metalu”; uważam, że bardzo blisko jej do starego Riverside czy nowego Opeth.
Najsilniejszym ze skojarzeń jest tu jednak zespół od którego wziął się rock progresywny, a mianowicie Yes. Przecież tam był identyczny układ sił w zespole, w okresie ich największej świetności; właśnie dlatego ich najważniejszej płyty, czyli „Close to the Edge” słucha się tak dobrze nawet po 50 latach. „Parasomnia” działa w podobny sposób – wciąga nienachalnym budowaniem kompozycji, porywa chwilami silniejszego uderzenia, ale także oczarowuje nastrojem. Yes przodowali w klimatach idyllicznych, Dream Theater z kolei w mrocznych. Nie chcę wyróżniać żadnej z kompozycji, gdyż „Parasomnię” powinno się słuchać w całości. Jest za wcześnie na stwierdzenie, czy to jeden z najważniejszych ich albumów; musi minąć czas próby ognia krytyki fanów, który póki co wydaje się być sprzyjający. To lżejszy materiał, być może bardziej przystępny, stanowiący dobry punkt wejścia do poznania Dream Theater. Dobrze jest wiedzieć, że zespół jest w komplecie, że wzięli się w garść i ponownie uderzyli czymś bardzo mocnym. Zastanawiam się, czy tylko mi okładka kojarzy się z „Alice in Hell” Annihilatora?
JAKUB OŚLAK
DREAM THEATER: Sopot, Opera Leśna, 23.06.2025 - BILETY: https://winiarybookings.pl/wydarzenie/dream-theater-sopot/sopot-czerwiec-2025



