Duff McKagan - Lighthouse

Odbiór poprzedniej, wydanej 4 lata temu płyty „Tenderness” ośmielił Duffa do dalszych solowych nagrań. Słychać, że „Lighthouse” to płyta rockowego wygi, podana jednak w bardzo subtelny sposób.
Okres lockdownu, to czas, kiedy Duff zamknął się w swoim nowym studio i – jak sam mówi – zanurzył się w proces twórczy. Skończyło się to napisaniem 60 utworów, z których 10 trafiło na „Lighthouse”. W całym procesie pomagał mu przede wszystkim producent Martin Feveyear. Początek płyty w postaci utworu tytułowego przypomina nam jednak, z kim tak naprawdę mamy do czynienia - z basistą Guns N’ Roses, do których składu powrócił 7 lat temu i od tego czasu znów święci z nim triumfy koncertowe.
„Lighthouse” to piękna, klasycznie rockowa ballada z chórami w tle i chwytającą za serce narracją (utwór jest dedykowany żonie muzyka), nie tyle nastraja na całość, ile mówi, że będzie to podróż bardzo osobista. W „Longfeather” Duff podejmuje wątek Indian, walczących z kolonistami, włączając w to wodza plemienia Czarnych Stóp. Choć jest to tekst dość metaforyczny, padają w nim znamienne słowa: Cause today's not a bad day to die, które w jakimś stopniu mogłyby być mottem całej płyty. Jest też nieco biblijna w wydźwięku, bardzo ‘jasna’ muzycznie kompozycja „Holy Water”. Z kolei „I Saw God On 10th St.” to dość polityczna pieśń, traktująca o ostatnich wydarzeniach na świecie. Zaskakująco wypada w tym zestawie podniosły „Fallen”, mający w sobie - zwłaszcza w orkiestrowym wręcz finale - ducha muzyki soul i gospel. Z kolei podszyty jakąś melancholią i tęsknotą „Forgiveness”, to jeden z optymistycznych odcieni płyty. Do muzycznych korzeni Duffa odwołuje się natomiast „Just Another Shakedown”, który spokojnie mógłby powstać na początku lat 80., gdy basista był punkowcem w Seattle, jak i na wczesnym etapie działalności Guns N’ Roses w połowie tamtej dekady. Zaś „Fallen Ones” to kolejna ‘łagodniejsza’ odsłona „Lighthouse”, podana jednak w klasycznie rockowy sposób, sięgająca tradycji The Rolling Stones, czy nawet Neila Younga. Natomiast jedną z najbardziej znamiennych kompozycji na płycie jest „Hope”, nie tylko dlatego, że gościnnie zagrał tutaj Slash, ale dlatego, że to najstarszy utwór na płycie, sięgający roku 1996. Natomiast tak cudownego zakończenia jak tutaj, nie słyszałem dawno na żadnej płycie – najpierw wspaniała akustycznie-smyczkowa „I Just Don’t Know”, traktująca o niepewnej przyszłości, w której gościnnie pojawił się Jerry Cantrell oraz ponad dziewięćdziesięciosekundowa repryza utworu tytułowego, którą deklamuje swoim ciemnym, mrocznym głosem sam Iggy Pop!
„Lighthouse” to nie tylko płyta doświadczonego muzyka, ale przede wszystkim bardzo świadomego i otwartego artysty, nie bojącego podejmować się tematów trudnych i niewygodnych. To album dla fanów klasycznego rocka, którzy odnajdą na niej jednak także kilka innych tropów muzycznych. Życzmy sobie, żeby Duff pozostał na szlaku solowym jak najdłużej.
MACIEJ MAJEWSKI



