Everything But The Girl - Fuse

Duet Everything But The Girl wrócił z pierwszą od 24 lat płytą studyjną, która jest najbardziej klimatyczną propozycją w jego dyskografii.
Duet Everything But The Girl jest zaliczany do grona “artystów jednego przeboju”. Ogromną popularność zdobyli dopiero po ponad 10 latach działalności, dzięki nieśmiertelnemu przebojowi „Missing” z 1994 roku. Zanim na dobre zdążyli zdyskontować ten sukces, po wydaniu jeszcze dwóch kolejnych płyt, zakończyli działalność na ponad 20 lat. W kolejnych latach tworzący duet wokalistka Tracey Thorn i jej partner życiowy oraz artystyczny Ben Watt oddali się różnym formom solowej działalności artystycznej, nadzorowali również wydanie go katalogu duetu. Oboje twierdzili w wywiadach, przez te dwie dekady byli blisko podjęcia decyzji o nagraniu nowych piosenek Everything But The Girl, ale na przeszkodzie stawały różne problemy natury psychologicznej, jak i praktycznej. W końcu pod koniec ubiegłego roku duet oznajmił, że nowy album jest gotowy.
„Fuse” brzmi jak ciąg dalszy albumu „Temperamental” z 1999 roku czyli ostatniego wydawnictwa EBTG przed 23-letnią przerwą. Podobnie jak wtedy, na „Fuse” Thorn i Watt nawiązują do szeroko pojętych elektronicznych brzmień. Jednak jeśli „Temperamental” był idealnym soundtrackiem do klubowej imprezy w jej apogeum, to „Fuse” znakomicie pasuje na wczesne godziny poranne. To płyta bardzo intymna i filmowa w klimacie. Choć nie brakuje tu znakomitych tanecznych numerów jak otwierający album „Nothing Left To Lose” czy deep house’owy „Caution To The Wind”, to jednak są one pojedynczymi „wyskokami” w leniwie płynącej muzyce. Leniwie, to nie znaczy, że jest nudno. Wręcz przeciwnie: Tracey Thorn czaruje przez cały album swoim charakterystycznym śpiewem, a w tle słyszymy delikatną elektronikę pełną ulotnej melancholii i smutku (poruszający „Lost”, ambientowy „Interior Space”, trip-hopowe „Run A Red Light” i „When You Mess Up” z pięknymi partiami pianina). I do tego te piękne melodie…
„Fuse” ukazało się bez fanfar i wielkobudżetowych kampanii reklamowych. Na pewno przez to nie trafi „pod strzechy” i być może niestety wiele osób nie zauważy nawet jej premiery. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że Thorn i Watt są już przyzwyczajeni do braku rozgłosu (patrz początek tej recenzji) i nagrali płytę taką, jaka im zagrała w duszach. Niewątpliwie najpiękniejszą i najbardziej dojrzałą w ich dyskografii. To album dwojga dojrzałych i bardzo doświadczonych artystów, którzy znają swoją wartość i już nie muszą nikomu niczego udowadniać.
GRZEGORZ SZKLAREK

