Explosions In The Sky - The Wilderness

"The Wilderness" to niezbyt udany nowy album Explosions In The Sky...
„Zanim nauczysz się grać dwa dźwięki, naucz się grać jeden dźwięk. A zanim zagrasz jeden dźwięk, bądź pewny, że masz ku temu dobry powód.” Te słowa wypowiedział Mark Hollis, jedna z najbardziej fascynujących postaci muzyki rozrywkowej, któremu przypisuje się bycie prorokiem post-rocka. Ironia chce, że to właśnie w odniesieniu do tego gatunku maksyma ta brzmi dziś jak sroga reprymenda. Jak każdy odłam poszukującego rocka, tak i post-rock zatoczył przez ostatnie kilkanaście lat krąg życia. Wartości estetyczne i emocjonalne, które na początku lat ’00 brzmiały jak tornado świeżości, szybko uległy korozji i zapadły na ciężką sztampę.
Explosions In The Sky to jeden z klasyków gatunku. Dwa albumy jakie nagrali na początku millenium są lekturą obowiązkową i wzorcem metra dla całego legionu późniejszych ekip post-rockowych. Jednakże to, co fascynowało nowością kilkanaście lat temu wyjątkowo szybko przerodziło się w establishment. Milczący bunt tej muzyki okazał się pułapką, czego dowodem jest ich nowa płyta, równie nużąca, irytująca i słabo skomponowana, co dwie poprzednie. Nie licząc ścieżek dźwiękowych, na nowy album czekaliśmy 5 lat. Taki czas powinien zwiastować dzieło przemyślane, zaskakujące, niosące fundamentalne dla muzyki podniecenie i rozbudzające apetyty. Bardzo żałuję, ale tak nie jest.
„The Wilderness” boryka się dokładnie z tymi samymi problemami, co ich dwa poprzednie albumy, wydane odpowiednio w 2007 i 2011. Nic nie zostało naprawione, wciąż trwa nowatorska susza, a kolejne próby czarowania tymi samymi sztuczkami wywołują łzę smutku. Przykro jest mi to pisać, ale przypomina to uderzanie głową w mur, albo drapanie w zamknięte drzwi uwięzionego zwierzęcia. Wiedzą w czym tkwi problem, ale zwyczajnie nie posiadają środków do jego rozwiązania. A może żadnego problemu nie ma? Ostatnio komponowali na potrzeby trzech filmów, festiwale nadal chętnie ich zapraszają, a kolejny nakrapiany farbą winyl z pewnością wyprzeda się na pniu.
Publiczność kocha kolorowe, dwunastocalowe krążki. Pięknie wydane, z naprawdę efektowną okładką, często stanowią skuteczną zasłonę dymną dla miałkości treści, czyli muzyki. Prawdą jest, że panowie z Explosions próbują przemycić w swoim nowym materiale kilka ciekawych pomysłów. Uwagę zwraca większa niż zazwyczaj ekspozycja elektroniki, miniaturyzacja kompozycji, oraz interesujące – mniej przewidywalne – konstrukcje poszczególnych utworów. Każda kompozycja ma w sobie dobry element, witalny punkt wyjścia, co stanowi o ich ewentualnym potencjale i żywotności. To jednak tylko kilka szczegółów, które nie przeważają boleśnie ziejącej nudy tej płyty jako całości.
Explosions wyraźnie popadli w „filmowość” swojego grania. To, co sprawdza się jako soundtrack, czyli element kompleksowego dzieła, niekoniecznie zdaje samodzielny egzamin dojrzałości. Z łatwością mogę dostrzec potencjał ilustracyjny tej muzyki; jej detale dobrze odnajdą się jako tło w scenach spaceru głównego bohatera we frapującym deszczu myśli. Jednakże na niezależny obiekt ewentualnej fascynacji słuchacza zwyczajnie nie ma tu szans. Nikt kto śledzi rozwój (lub regres) post-rocka nie odnajdzie tu czegokolwiek nowego, a przecież właśnie to stanowiło cały sens genezy tego gatunku. Kilka dobrych acz niedokończonych pomysłów to za mało na dobrą płytę. Nie w dzisiejszych czasach.

