Flapjack - Sugar Free

Zreformowana grupa Flapjack powróciła nie tylko do koncertowej aktywności, ale i nagrała nową płytę zatytułowaną „Sugar Free”.
Od śmierci Guzika minęły 2 lata. Po drodze gitarzysta grupy, Maciej Jahnz zaproponował trzy koncerty ku czci zmarłego kolegi. Skończyło się trasą koncertową u boku Illusion i… nową płytą. Wokalnie w zespole udzielają się obecnie Kroto – wokalista grupy Hope oraz Hau, który już wcześniej udzielał się na płytach Flapjacka. Skład uzupełnił DJ Eprom i atmosfera ponoć zażarła do tego stopnia, że spontanicznie zaczęły powstawać nowe utwory.
Mamy więc otwierający „Veterans”, będący niejako wizytówką bieżącej odsłony zespołu – skandowane wokale, skrecze i pełne groove’u riffy Litzy i Jahnza. Jest króciutki, acz intensywny thrashowo-harcore’owy „Mosh Pit” i nie mniej pulsujący „Dope Boy” ze naprzemiennymi wokalami. Dość zaskakująco wypada natomiast „No Stress”, który ma w sobie coś ze starego numetalu, a słuchając głosów Kroto i Hau – wątpliwości nie ma, że słychać tu echa Limp Bizkit. Zwiększone obroty funduje „360 Degrees” - numer jest tak szybki, że wymaga parokrotnego wgryzienia się w warstwę tekstową. Gonitwa odrobinę ustaje w „Don’t Look Down” na rzecz partii bardziej urozmaiconych technicznie. Z kolei „G.R.I.P.” brzmi trochę jak odrzut ze… „Skull & Bones” Cypress Hill. Zaś „Shotgun” to już nawiązanie stricte do korzeni Flapjacka z lat 90, głownie za sprawą partii gitar i perkusji. „Cocksucker Blues” i „Like A Tank” reprezentują kolejne krótsze formy – pierwsza stricte hardcore’owa, a druga bardziej… kiwająca. Ciekawostką jest natomiast „Nobody”, który w dużej mierze brzmi jak popis DJ Eproma (kapitalne zabawy samplerem), a który w połączeniu z lekko psychodelicznymi wokalami, ponownie może kojarzyć się odrobinę z okołomillenijną odsłoną twórczości Limp Bizkit. „Paranoia” na tym tle wydaje się nieco zbytecznym numerem i robi tutaj jedynie za wypełniacz. Co innego „Proxy War” z prostym, bezpośrednim riffem, solidnym nabiciem perkusyjnym i oczywiście skandowanymi wokalami. Z kolei zamykający płytę numery tytułowy, to wręcz pewniak – chyba nie ma możliwości, by nie porwał do gremialnego skakania.
Przyznaję, że nie do końca wiem, jak odbierać tę płytę. Czy jako kolejną formę hołdu dla Guzika, czy rozpoczęcie nowego rozdziału w historii Flapjacka. A może po prostu wystarczy słuchać ”Sugar Free” i możliwie starać się cieszyć jej zawartością?
MACIEJ MAJEWSKI

