Florence + The Machine - How Big, How Blue, How Beautiful

Florence Welch kontynuuje swoją drogę artystycznej rusałki. Na nowej płycie swojego zespołu zatytułowanej „How Big, How Blue, How Beautiful” postawiła na kulturalny przepych, nie odchodząc zbytnio od swoich dotychczasowych dokonań.
Początek albumu, to znane już z singli „Ship To Wreck” i „What Kind Of Man”. Pierwszy kojarzy się trochę z „Lovesong” The Cure. Ujmuje podobną zgrabnością i polotem. Drugi z kolei, to kolejny „pewnik” w twórczości grupy – mocny rytm, charakterystyczna gitara i chóralne zaśpiewy, wzbogacone wyróżniającymi się partiami instrumentów dętych, które na całej płycie zaaranżował Will Gregory z grupy Goldfrapp. Utwór tytułowy rozwija tę formułę – pod koniec instrumenty dęte czynią z niego triumfalne dzieło w charakterze muzyki filmowej. Nie do końca udało się przenieść ten klimat dalej - w „Queen Of Peace" jest wciąż podniośle, ale już bardziej skocznie i piosenkowo. Na tym tle zdecydowanie wyróżnia melancholijny i mroczny „Various Storms & Saints”. Kolejnym zaś hitem na płycie jest singlowa „Delilah”, w której idealnie już wypośrodkowano wszystkie elementy tej płyty. Bardzo dobrze wypada także „Long & Lost”, który odchodząc od bizantyjskich brzmień, uspokaja nastrój całości. Reszta to niestety wypełniacze z „Third Eye” i „St. Jude” na czele. Ciekawym brzmieniem natomiast charakteryzuje się zamykający zasadniczą część płyty „Mother” - z przeszkadzajkowym tłem i mocną partią w refrenie.
Grupa oczywiście postarała się o ciekawostki na wersji deluxe albumu. W niej wśród wczesnych wersji kilku utworów z płyty wyróżnia się „Witch Witch” oraz ujmujące demo utworu tytułowego.
Florence przyznała, że przed nagraniem „How Big, How Blue, How Beautiful” przeszła niemalże załamanie nerwowe, spowodowane nieustannym koncertowaniem. Kilka miesięcy przerwy widać dobrze jej zrobiło. Niebagatelną rolę odegrał też producent Markus Dravs, znany ze współpracy z Björk, czy Coldplay. Udało mu się bowiem wyważyć najważniejsze elementy stylu Florence + The Machine,nie psując charakterystycznego brzmienia grupy, ale też nie wynosząc go specjalnie na zupełnie nowy poziom.


