Foo Fighters - But Here We Are

„But Here We Are” to pierwszy album Foo Fighters nagrany po śmierci perkusisty Taylora Hawkinsa.
To stwierdzenie będzie towarzyszyło tej płycie już zdaje się zawsze. Nie da się bowiem inaczej traktować tego albumu. Partie perkusyjne zagrał na nim po raz pierwszy od 2005 r. lider Foos, Dave Grohl. Zaś na koncertach zespół wspierał będzie Josh Freese, znany ze współpracy z m.in. Nine Inch Nails, czy Stingiem. Ojciec-założyciel Dave Grohl mógł z jednej strony przebierać wśród perkusistów świata, z drugiej strony – będąc sam znakomitym bębniarzem (za życia Hawkinsa określany pół-żartem za drugiego najlepszego w Foo Fighters), wie dokładnie, czego potrzeba jego formacji.
Przechodząc jednak do zawartości „But Here We Are” - na początek dostajemy znane z singli „Rescued” i „Under You”. Pierwszy, utrzymany w stricte ‘foofightersowym’ stylu, traktuje o potrzebie ratunku w trudnej sytuacji (co istotne - bez rozpaczliwego wołania o pomoc). Drugi zaś, odnoszący się to czasu minionego i bezradności w bieżącym, ma klimat.. power-beatlesowski. Bardziej przejmująco robi się w „Hearing Voices”. Jest coś zimnego w wyśpiewywanych przez Grohla słowach: I've been hearing voices/None of them are you zwłaszcza po pierwszej zwrotce. Znamiennie wypada też coda utworu, brzmiąca jakby była nagrana telefonem, w której słychać gitarę akustyczną, pianino i głos lidera. Nie chcę ferować wyroków, czy teksty na płycie traktują o odejściu Taylora Hawkinsa, bo właściwie każdy z nich można by tak zinterpretować. A jednak liryk utworu tytułowego zdaje się odnosić do Foo Fighters tu i teraz. Lżejszą formę ma „The Glass”, który na tle pozostałych kawałków na płycie, ma charakter dość pogodny. Panowie z Foo Fighters mają tendencję do wplatania elementów różnych stylistyk do swoich utworów, do czego przyzwyczaili nas przez lata. Tak jest w naznaczonym funkowo „Nothing At All”, który obok pulsującego rytmu, odznacza się alterrockowym refrenem z przesterowanym i krzykliwym wokalem Grohla. Prawdziwym zaskoczeniem i perełką na płycie jest natomiast także znana z singla „Show Me How”, w którym Grohlowi wokalnie wtóruje córka Violet. I tak jak nepotyzm lidera Foo Fighters momentami denerwuje, tak w tym utworze starsza latorośl Dave’a wypada znacznie ciekawiej, niż niemalże 20 lat temu Norah Jones w utworze „Virginia Moon” z płyty „In Your Honor”. Jeszcze jedno odniesienie do The Beatles, zwłaszcza w mccartneyowskej odsłonie, słychać natomiast w kołyszącym „Beyond Me”. Prawdziwym przełomem w twórczości Foo Fighters jest z kolei znane z ostatniego (jak dotąd) singla „The Teacher”. Głównie pod względem długości, bo utwór ma trwa 10 minut (jak na typowego singla przystało…) Przede wszystkim jednak ma w sobie coś z prog-rocka, grunge’u, a nawet… twórczości Mastodon. Brzmienia zmieniają się tu jak w kalejdoskopie i momentami trudno uwierzyć, że to ten sam utwór, którego słuchaliśmy na początku. Polecam się także zagłębić w tekst, bo nie jest zbyt skomplikowany, ale jego symbolika jest dość znamienna. Album zamyka spokojna kompozycja „Rest”, mająca w sobie coś z klimatu nirvanowego „Something In The Way”. Sam Grohl w pierwszej części śpiewa tu prawie pół-szeptem w stylu Kurta Cobaina. Druga ma silniejszy wydźwięk, bo już nie jedna, a więcej gitar, wybrzmiewa ze sporym przesterem. I ten tekst: Rest, you can rest now/Rest, you will be safe now…
„But Here We Are” została zadedykowana mamie Grohla, Virginii oraz oczywiście Taylorowi. Nie jest to kolejna typowa płyta Foo Fighters, na której mieszają się różne stylistyki okołorockowe. Ładunek emocjonalny, jaki niosą te piosenki, jest bowiem najsilniejszy od czasu płyty „Wasting Light” i pamiętnego „I Should Have Known”. W ubiegłym roku Alice Cooper powiedział mi, że Dave Grohl jako główny mózg i niepodzielny lider Foo Fighters, poradzi sobie po śmierci Hawkinsa i przywróci zespół do pełni życia. Miał rację, a myślę, że najlepszym potwierdzeniem tej tezy są nie tylko niedawne koncerty grupy, ale przede wszystkim te nadchodzące.




