Gallileous - Dancing Ash

RecenzjaGallileousProgmetalrock Promotion2024
Gallileous - Dancing Ash

Na nowy album Gallileous trzeba było czekać tym razem 3, a nie 2 lata. I nic dziwnego. Płyta „Dancing Ash” to najbardziej zróżnicowne stylistycznie wydawnictwo grupy.

Jak sami mówią, album opowiada o wędrówce przez chaos codzienności, która prowadzi do głębokiej introspekcji i transformacji, o doświadczeniach trudnych momentów, po których, niczym Feniks z popiołów, można powstać na nowo. Kompozycje oparte są o 6 żywiołów: wodę, powietrze, ziemię, drzewo, metal i ogień. Pomagają w tym także karty dołączone do płyty z tekstami do poszczególnych utworów (można ich także użyć do stworzenia układanki, której zasady również zostały dołączone – przyp. MM). Jak to wygląda w przełożeniu na muzykę?

Otwierające, dość epickie „On The Ocean”, traktuje o wyzbyciu się iluzji i oddaniu się sile i rytmowi wody, a konkretnie – oceanu. Dość mocne otwarcie, naznaczone orientalnym środkiem i niespokojnym zwieńczeniem pokazuje, że Gallileous skręca zdecydowanie w stronę brzmień progresywnych. Świadczy o tym także kolejny utwór „A Blurred Melody” - w nieco innej odsłonie, bo zdecydowanie bardziej syntezatorowej. Odnoszący się do powietrza, kierujący narrację do wewnątrz, prowadzony jest nie tylko przez bujne partie klawiszy autorstwa Marcina Zwierżdżyńskiego, ale przede wszystkim przez różnobarwny głos Ani Pawlus (także ten zmodulowany). Z kolei balladowy „The Buried Time” pod ‘patronatem’ ziemi, ujmuje pięknie płynącymi partiami gitar Tomka Stońskiego do spółki z bębnami Michała Szendzielorza i basem Marka Świeckiego. Lirycznie zaś dotyka swoistego odpuszczenia, pogodzenia się z zastaną sytuacją oraz podjęcia próby nowego rozkwitu. Kapitalnie wypada natomiast rytmicznie riffujące „Knotty End”. Odpowiadające kolejno drzewu, porusza wątek nowej podróży bez ograniczeń. Z kolei w „Steel Thinking” partia basu Marka przypomina nieco „Another One Bites The Dust” John Decona z Queen, zaś wątek ‘doświadczenia w nowym’, odnoszący się do metalu, ukazuje, ile w takiej formule może się muzycznie zdarzyć. W drugiej połowie bowiem utwór ciekawie się rozrasta, początkowo spokojnie narastając, kolejno wpadając w mantrę, by pod koniec przyspieszyć i zakończyć się gitarową codą Tomka. To idealne preludium do wieńczącej całość kompozycji tytułowej. Finalny żywioł – ogień można by spokojnie odnieść nie tylko do warstwy muzycznej, ale i samej treści, traktującej o odrodzeniu. W warstwie muzycznej dzieje się tak dużo, że te niewiele ponad 8 i pół minuty zdaje się być za krótkie, zwłaszcza w obliczu orientalnego finału.

„Dancing Ash” to płyta osadzająca Galilleous w rocku progresywnym najsilniej. Mimo różnych odjazdów instrumentalnych, to właśnie ten gatunek stanowi wspólny mianownik dla tej plyty. Natomiast takiej przebojowości, jaka panuje na tym albumie, nie było na żadnej z wcześniejszych wydawnictw grupy. To ciekawy progrostyk wobec dalszej drogi artystycznej wodzisławskiego zespołu.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały