George Dorn Screams - Spacja Kosmiczna

Świętujący swoje dziesięciolecie bydgoski George Dorn Screams powraca z nowym, ciekawym albumem.
Idea crowdfundingu rozpowszechniła się w branży muzycznej już znacząco. Muzycy najróżniejszych muzycznych proweniencji sięgają po tę swoistą formę mecenatu, by upowszechnić swoją twórczość. Nie inaczej było w przypadku wydania „Spacji Kosmicznej”, która ukazała się w dużej mierze dzięki wsparciu fanów zespołu. Warto było jednak czekać, bo piąty długograj George Dorn Screams przynosi ciekawy zbiór kompozycji osadzony między melodyjnym indie, a lejącym się post rockiem. Całość otwiera kosmiczna we wstępie i przestrzenna, a jednocześnie zwarta piosenka „Liczę Do Stu”. Swe korzenie ma jeszcze w poprzednim wydawnictwie grupy – „Ostatni Dzień” sprzed dwóch lat. Zawiera w sobie bowiem elementy utworu, który... nie znalazł się na tamtym albumie. Głos Magdy Powalisz płynie tu dość leniwie, przypominając nieco wczesną manierę Kasi Nosowskiej. Utwór tytułowy ujmuje natomiast powtarzalną partią sekcji rytmicznej na tle nieco „potarganych” gitar, zatapiających się w pogłosie. Zaś skoczny „Miriadami” można by potraktować, jako ukłon w stronę starego Hey’a (ponownie głos Magdy i warstwy gitar). Co ciekawe - pomimo dość gęstej partii bębnów, numer równo sunie do przodu, nie tracąc mocy i nie rozjeżdżając się ani na moment. „Na Końcu Świata” to bardzo senna opowieść, osadzona zgodnie z tytułem. Uderza w niej zwiewność, niebiański wokal oraz swoista aura lewitacji. Zaś dźwięk melodyki, na której zagrał tu Kuba Kupsa, producent płyty, wzmacnia dodatkowo wydźwięk tej pieśni. Kontrastuje z nią taneczny „Koci Szlak”, gdzie przestrzenne gitary tworzą liczne krajobrazy na tle bębnów. Magda znów trochę „jedzie” Nosowską, a i samej warstwy harmonicznej tego utworu starsi koledzy ze Szczecina nie powstydziliby się. „W Cieniu” wyróżnia z kolei dość niepokojąca melodia gitar, szybka perkusja oraz „przestrzegający” wokal. Utwór w połowie nagle zwalnia, unosząc się na postrockowej mgle. Obok „Na Końcu Świata”, to zdecydowanie najciekawszy moment płyty. Trochę blado na tym tle wypadają „Smutki” – ckliwe, z wytłumionymi (początkowo) bębnami i dość jednostajnymi gitarami. Płytę wieńczy zaś utwór „Począstki” – delikatnie skradający się za sprawą gitary i basu, przechodzi w połowie w przestrzenny soundscape, który wybrzmiewa do samego końca.
Otwartość muzyków George Dorn Screams zaowocowała płytą przestrzenną, pełną oddechu, ale i ciepłej energii. Na „Spacji Kosmicznej” momenty nastrojowe klarownie mieszają się z przebojowymi. I choć przyszła wiosna, to nie zdziwię się, jeśli po tę płytę będziemy sięgali także w chłodniejsze dni.


