Glen Hansard - All That Was East Is West Of Me Now

RecenzjaGlen HansardEpitaph2023
Glen Hansard - All That Was East Is West Of Me Now

"Cześć Glen, co u ciebie, co nowego? A nic, wszystko po staremu". Tak najkrócej można streścić to, co dzieje się na nowym albumie uwielbianego przez polską publiczność irlandzkiego barda.

Można, ale nie do końca. Nowy longplay Glena Hansarda jest nie tylko kolejnym zbiorem znakomitych piosenek w kolekcji tego skromnego gwiazdora folk rocka, ale też dobitnym i konkretnym znakiem życia; nie tyle od czasu covidowego lockdownu, co odwołanej ze względów osobistych trasy w 2022 r. Glen jest cały czas na fali wznoszącej, której początkiem był nagrodzony Oscarem film "Once" i wspólne trasy koncertowe z Eddiem Vedderem. Nowa popularność zaowocowała serią udanych płyt solowych na czele z "Rhythm And Repose" i "Didn't He Ramble", oraz coraz szerszą i oddaną mu publicznością.

Owa publiczność dostrzega jednak pewien wyraźny dysonans pomiędzy Glenem scenicznym, a Glenem płytowym. Gdy Hansard stoi na scenie, czy to sam, czy w zespole, wychodzi z niego wrodzony irlandzki busker, czyli muzyk uliczny, dusza towarzystwa, showman, opowiadacz historii. Koncerty Hansarda przypominają przyjęcia urodzinowe, gdzie wszyscy śpiewają w szampańskich humorach, a oblicza Irlandczyka nie opuszcza szeroki uśmiech. Tymczasem jego płyty studyjne to zupełnie inna bestia; już o tym wspominałem, ale Glen w studiu – bez widowni, w czterech ciasnych ścianach – to spleen i melancholia, kryzys wieku średniego, niepokój i weltschmerz. Jego nowa płyta o znamiennym tytule "All That Was East Is West Of Me Now" bynajmniej temu nie przeczy.

"All That Was East Is West Of Me Now" jest dwoistą płytą. Z jednej strony mamy do bólu ‘glenowe’ numery, takie jak „There's No Mountain”, „Bearing Witness” czy „The Feast Of St. John”, w których bez błędu rozpoznamy utarty, ‘biesiadny’, koncertowy styl Hansarda. Z drugiej, są też niespodzianki, typowe dla jego pracy studyjnych prac – porywające „Short Life”, piękny „Ghost”, oraz poetyckie „Sure as the Rain” w stylu Miasteczka Twin Peaks. Jest także brzydkie kaczątko, czyli „Down On Our Knees”. Doceniam fakt, że Glen usiłuje uciekać przed niewolą szuflady, ale jego ciepły, krzepiący głos nie pasuje do nowofalowego zimna w stylu Bauhaus, którego refren nieznośnie kojarzy mi się z Nitzer Ebb. Doceniam dobre intencje i zamysł twórcy, ale wykonanie jest po prostu nietrafione.

Reszta numerów, w sposób łatwy do przewidzenia, to ambrozja o smaku irlandzkiej whiskey. Już przedostatnie numery Hansarda na ścieżce dźwiękowej do skądinąd fatalnego filmu Seana Penna pt. „Dzień Flagi” świadczyły o jego niesłabnącej inspiracji i sprzyjającej muzie. A nowy longplay jest tego kolejnym dowodem. Słychać, że Glen nie tylko uwielbia grać i śpiewać, ale także słuchać – a potem przekładać to co usłyszał na swój język muzyczny. Potrafi zaśpiewać ponuro jak Cohen, potrafi przeciągnąć i zajęczeć jak Vedder; ma talent do naśladowania, które jak wiemy jest najszczerszą formą pochlebstwa. Jego samego nikt nie podrobi; do tego trzeba urodzić się Irlandczykiem, takim stereotypowym z rudą czupryną, sympatią do alkoholu i śpiewającą duszą w dziurawej gitarze. Podkreślam największy walor "All That Was East Is West Of Me Now" – niespodzianki. Zamiast gadać, że Glen znowu przynudza, wsłuchajmy się z jego krążki – one od zawsze były upstrzone takimi skarbami. Moda na styl singer-songwriter nie przechodzi i Glen jest tego świadomy; dlatego usiłuje nie być kliszą samego siebie, tylko kombinuje w wielu kierunkach równocześnie.

Na szczęście numery trafione przeważają nad tymi chybionymi, dlatego też ustawiam "All That Was East Is West Of Me Now" ¬ w jednym rzędzie z dwoma poprzednimi albumami, czyli "Between Two Shores" i "This Wild Willing", na których przez Glena wyraźnie przemawiają szare miraże i bardziej ponure odcienie wrażliwości. Kolejny udany krążek do kolekcji i świetny pretekst do ponownego ruszenia w trasę koncertową.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały