God Is An Astronaut - Embers

RecenzjaGod Is An AstronautNapalm Records2024
God Is An Astronaut - Embers

Irlandzcy mistrzowie post-rocka wydali nowy znakomity album "Embers". "Słychać jest, że muzycy stojący za tym brzmieniem doznali w swoim życiu czegoś zwrotnego, pewnej cezury, która sprawiła, że ich muza zapłonęła dawnym ogniem, rzecz jasna w zgodzie z tytułem. A wraz z nią serca fanów".

Dźwięki otwierające nowy album God Is An Astronaut instynktownie kojarzą mi się z „Knives Out” Radiohead, co jest symptomatyczne dla reszty brzmienia całego "Embers". Oczywiście zespół słynący ze swojej post-rockowej mocy i malowniczości raptownie nie zrezygnował ze swojego wypracowanego stylu na rzecz penetracji bariery między rockiem a IDM; ale w tym co robią nie można odmówić im dużej dozy innowacyjności, co jest zadaniem niełatwym, gdy gatunek muzyki jaki się uprawia jest tak ściśle zdefiniowany jak post-rock, a poszukiwanie jakiejkolwiek innowacyjności przypomina przechodzenie do wyjścia w zatłoczonym pociągu.

Post-rock od zarania dziejów należał do specyficznej grupy stylistycznych łatek, po której słuchacz bez sprawdzania wie czego może się spodziewać: minimalne wokale, monumentalne, jednorodne kompozycje (w przeciwieństwie do progresywnych suit, będących hybrydami), harmonijne przechodzenie z ciszy do nawałnicy i z powrotem, przeważnie neurotyczna, introwertyczna atmosfera i postawa wbrew standardom, autorytetom, ośrodkom władzy i wpływu. Innymi słowy, punk-rock; ale taki przemawiający nie wrzaskiem, lecz emocjami, wymuszający namysł, zadumę, introspekcję i poddanie się falom natchnionego hałasu. God Is An Astronaut nie są zespołem z tego samego pionierskiego pokolenia post-rocka, co Godspeed You! Black Emperor czy Mogwai, a nawet Sigur Rós (można debatować, czy Islandczycy istotnie grają post-rock, podobnie jak to, czy Pink Floyd to prog rock). Grunt, że gdy reprezentanci Irlandii wchodzili do tej rzeki w roku 2002, zastali pewien istniejący zestaw zasad, którego chcąc nie chcąc postanowili się trzymać, aby zachować decorum. Ich kolejne płyty, wydawane niestrudzenie i dosyć regularnie, nigdy nie wychodziły poza pewien schemat – gdyż to wiąże się z ryzykiem utraty tożsamości, podążania za stadem, przerostu formy nad treścią.

Ich nowy krążek "Embers" bynajmniej tego nie zmienia. Nadal słyszymy tu „to samo”, co zawsze. Dlaczego zatem brzmi to inaczej, lepiej, dobitniej, bardziej brawurowo? Być może za impuls posłużyła smutna inspiracja, jaką była śmierć ojca braci Kinsella, założycieli GIAA. A może już od jakiegoś czasu zespół nosił się z zamiarem, aby przewietrzyć zastałe korytarze i wpuścić tu trochę powietrza, światła, świeżości? Ostatnie kilka krążków, mówiąc najogólniej, Ameryki nie odkrywają; a sam Torsten Kinsella stwierdził, że nestor zespołu namawiał ich do miękkiego resetu, powrotu do korzeni, sięgnięcia do tych impulsów, które sprawiły, że są tu gdzie są. Postać ojca Torstena i Nielsa, potrzeba resetu i powrót do korzeni to naczynia połączone właśnie w tym punkcie, którym są "Embers". To słowo w angielskim oznacza ‘dogasający żar’, ‘resztki ognia’, ‘pogorzelisko’, co może symbolizować początek i koniec; oraz, ponownie początek. I jakże piękny jest to ponowny początek! Ta płyta brzmi jak natchniona, czuć jest inspirację, twórczy gniew, który pcha artystów do krwi, potu i łez, aby dali światu coś wielkiego. GIAA potrzebowali takiej płyty, takiej wymiany baterii.

"Embers" słucha się jak mało którego ich krążka, tak jakby to co mają najdobitniejszego do powiedzenia przyszło teraz, po sztormie emocji. Pomimo smutnych inspiracji, "Embers" nie jest płytą nacechowaną negatywnymi emocjami – depresyjnością, żałobą, melancholią, gniewem i czernią. To już było i sprawdziło się; dziś, zespół spogląda w głąb siebie, robi rachunek sumienia i kupuje schody do nieba. Momentami brzmienie tej płyty jest bardzo uduchowione, szczególnie w swoich cichszych fragmentach, gdzie można doszukać się wpływów chociażby Popol Vuh. Słychać jest, że muzycy stojący za tym brzmieniem doznali w swoim życiu czegoś zwrotnego, pewnej cezury, która sprawiła, że ich muza zapłonęła dawnym ogniem, rzecz jasna w zgodzie z tytułem. A wraz z nią serca fanów.

JAKUB OŚLAK

GOD IS AN ASTRONAUT

Support: Jo Quail

10.03.2025 / Warszawa, Progresja

17.05.2025 / Gdańsk, Parlament

BILETY:

https://bit.ly/GIAA_WWA

https://bit.ly/GIAA_GDA

Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Biletomat.pl, Empik Bilety, Ebilet, Eventim

Powiązane materiały