Godspeed You! Black Emperor - No Title As Of 13 February 2024 28,340 Dead

RecenzjaGodspeed You! Black EmperorConstellation2024
Godspeed You! Black Emperor - No Title As Of 13 February 2024 28,340 Dead

Godspeed You! Black Emperor, utartym zwyczajem, rzucili nowy album na pożarcie zupełnie znienacka.

To zespół, który konsekwentnie zaprzecza komercyjnym konwenansom i sprzeciwia się narzuconym przez establishment zasadom. Ich anty-marketing od lat zapewnia im oddanych fanów, którzy przychodzą pod ich adres po wypełnioną emocjami czystą, kolosalną muzykę, oraz pewien stosunek do otaczającego ich świata. Kolektyw z Montrealu bywa nawet określany mianem ‘punk-rocka’, ale nie w odniesieniu do stylu i brzmienia, lecz ogólnego podejścia do spraw, jakie od lat bombardują nas z nie tylko z mass-mediów, ale wprost przez nasze okna.

Tytuł nowego albumu mówi w zasadzie wszystko. Zamiast kolejnej typowej dla nich enigmy leksykalnej, Godspeed przytoczyli rezultat żniwa, jaki na dzień 13 lutego 2024 zebrała wojna Izraela z Hamasem w Strefie Gazy. Warto od razu zwrócić uwagę, że do czasu premiery nowego albumu ta liczba niemalże podwoiła się, co czyni z tej wojny najkrwawszy od pięciu dekad element konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Tytuły nowych kompozycji również wydają się nieść jasny przekaz – to impresje tragedii, jaka od lat ogarnia ten rejon Bliskiego Wschodu, a w który zaangażowane jest coraz więcej stron, bez jakiejkolwiek perspektywy na deeskalację.

Nie potrzeba daleko idących domysłów aby wiedzieć, po czyjej stronie opowiada się Godspeed. Ich de facto lider, Efrim Menuck, jest od dawna krytykiem rządów Izraela, nazywając go „nieudolnym państwem apokalipsy”, a syjonizm „ideologią rasistowską”. To nie pierwszy raz, gdy Godspeed wydają płytę nacechowaną negatywnie wobec polityki Izraela; wystarczy wspomnieć "Yanqui U.X.O.", która była odzewem na wydarzenia, które doprowadziły do Intifady Al-Aksa w 2000 r. Ale, w przeciwieństwie do innych artystów głośno i otwarcie krytykujących Izrael takich jak Roger Waters czy Brian Eno, Godspeed czynią to w sposób ściśle artystyczny.

"No Title…" nie tylko prowokuje do zainteresowania odbiorcy tymi wydarzeniami, lecz także usiłuje transmitować emocje ludzi, którzy z bezpiecznej kanadyjskiej odległości obserwują zbrojny konflikt, który pozornie nie ma większego wpływu na ich życie. To próba zilustrowania ścieżką dźwiękową krajobrazu zniszczenia, strachu, zobojętnienia, ale też niegasnącej nadziei. Muzyka Godspeed, post rock w swoim oryginalnym, pierwotnym rozmachu, wydaje się być środkiem do tego stworzonym. To dźwięki ciemności i ciszy, jaką przerywają syreny alarmowe, ostrzegające przed nadchodzącym sztormem ognia. To dym i zgliszcza, obrazy ruin i pożogi.

"No Title…" pod kątem muzycznym to rzecz mocna i sugestywna. Godspeed jeszcze nie wydali słabej płyty, chociaż elementy ich dyskografii różnią się pod kątem ‘epickości’ i znaczenia. "No Title…," podobnie jak "G_d's Pee At State's End!", określiłbym jako renesans ich twórczości, inny od klasycznego brzmienia "Skinny Fists" i "F♯ A♯ ∞". To ponura, chropowata, zardzewiała muzyka starego pociągu, którego okoliczności zmuszają do ponownego rozruchu. To ryk mechanizmu, który powstaje wśród krzyków i eksplozji, oraz jeszcze gorszej ciszy. To nie jest muzyka militarna, lecz pendrive ze zdjęciami porzucony gdzieś w schronie przez korespondenta wojennego.

"No Title…" to płyta nacechowana emocjami. To nie czas poetów-wywrotowców, którzy kontemplują egzystencjalne zagadki duszy na tle korupcji światowych korporacji i karteli. To płyta z misją, która być może nigdy nie zakończy się pomyślnie. Jak zawsze u Godspeed tak i tu rządzi niepokój w sercu i pioruny przeszywające niebo nocą. Ich muzyka jest bardzo wymowna i oczyszczająca, chociaż nie niesie absolutnie żadnych innych słów niż te, które słuchacz sam sobie pod te apo-pejzaże podstawi. To wspaniały album, ucieleśnienie muzyki jako sztuki, chociaż, parafrazując Godspeed, jakie to ma znaczenie, gdy małe ciała padają na ziemię?

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały