Gorillaz - The Mountain

RecenzjaGorillazKong / Sony Music2026
Gorillaz - The Mountain

Na swojej 9 płycie zespół Gorillaz do swojego eklektycznego stylu dołączył pokaźne wpływy muzyki indyjskiej.

“The Mountain” to materiał dość rozległy. Nagrywany był w głównie w Indiach, ale także w Londynie, Miami i Nowym Jorku. Powstawał w czasie, gdy liderzy zespołu Damon Albarn i Jamie Hewlett utracili swoich ojców. Wymogło to nijako motywy przewodnie płyty: śmierci, żalu i życia pośmiertnego... Co więcej - podkreślono je także partiami wokalnymi gości z poprzednich sesji zespołu, które nie zostały użyte. Albarn wykorzystał więc głosy Bobby'ego Womacka, Davida Jolicoeura z De La Soul, aktora Dennisa Hoppera, Marka E. Smitha z the Fall, rapera Proofa z grupy D12 oraz perkusisty Tony’ego Allena, z którym współpracował przy projekcie the Good, the Bad & the Queen. Wszyscy oni już nie żyją… Nie zabrakło też oczywiście innych, reprezentujących różne muzyczne światy gości, wśród których prym wiodą Anoushka Shankar, Black Thought z The Roots, grupa IDLES, czy Johnny Marr. Lista muzyków jest jeszcze dłuższa, podobnie jak instrumentarium, w którym obok licznych syntezatorów, dominują tradycyjne instrumenty indyjskie.

Na papierze wygląda to wręcz epicko - w rzeczywistości także sprawia momentami takie wrażenie. Motywy brzmień indyjskiej przeplatają się tu różnorakimi brzmieniami i stylami. Tak jest chociażby w “The Moon Cave”, gdzie łagodne orkiestracje inkrustowane dźwiękami instrumentów indyjskich, przechodzą w rytm starodyskotekowy, naznaczony mglistym głosem Albarna, a w dalszej części także rapem. W ciągu niemalże 5 minut krajobraz muzyczny subtelnie zmienia się tu co najmniej trzykrotnie. Podobnie, choć w pozornie weselszej aurze odbywa się to w “Orange Country”, gdzie na tle dość radosnego i skocznego podkładu, Albarn niemalże cedzi słowa jednoznacznie zabarwione żałobą… Z kolei znany z singla “The Happy Dictator” z gościnnym udziałem duetu Sparks, pod przykrywką dość prostego, syntezatorowego bitu, nosi w sobie także inklinacje ku world music. W synthowo-afrykańskim “The God Of Lying” pojawiają się natomiast panowie ze wspomnianego IDLES, którzy w tej niewiele ponad trzyminutowej piosence mierzą się z czymś na kształt post-dubu. Nie brakuje też bardziej konwencjonalnych kompozycji, do których Gorillaz przez ostatnie ćwierćwiecze już nas także przyzwyczaili. Należy do nich smutne, syntetyczne “The Empty Dream Machine”, gdzie obok prawie łkającego Albarna nawija Black Thought, czy mocno korespondującego muzycznie z tytułem - “The Plastic Guru”. Obok dość epickiego, a zarazem bardzo wyraźnie indyjskiego, składającego się jakby z dwóch części “The Manifesto”, pojawia się także synth-gospelowe “Delirium”. Wyróżnia się również taneczno-rytmiczny “Demascus” z udziałem Omara Souleymana i Yasiina Beya (Mos Defa).

Przyznaję jednak, że pod koniec płyta robi się nieco monotonna - takie numery jak “Casablanca”, “The Sweet Prince”, czy “The Sad God” różnią się w dużej mierze tylko obsadą gości (w pierwszym z nich pojawiają się Paul Simonon z The Clash i ponownie Johnny Marr), bo każdy z nich ma dość zbliżone podkłady (bity) i patenty wśród ozdobników instrumentalnych (najczęściej pochodzące z instrumentów indyjskich).

“The Mountain” płyta wielu miejsc utrzymana lirycznie w refleksyjnym tonie, a jednocześnie eklektyczna w stylu Gorillaz. Damon Albarn, Jamie Hewlett i reszta wirtualnej czeredy nie bawią się tu w półśrodki, tylko realizują swoje wizje na granicy przesady. Poskutkowało to albumem ponad godzinnym (a wersji deluxe niemalże 80-minutowym). Hewlett sugeruje, by słuchać go jednak uważnie od początku do końca, a tym samym jednocześnie przywrócić ideę skupienia się na jednej czynności (“zamiast scrollowania). Pod tym względem się z nim zgadzam, bo choć przesłuchałem go kilkukrotnie, to z każdym kolejnym odsłuchem, znajduję na nim nowe połączenia - tak muzyczne, jak i merytoryczne.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały