Hania Rani - Ghosts

Recenzjahania raniGondwana Records2023
Hania Rani - Ghosts

Na swojej trzeciej solowej płycie „Ghosts” pianistka Hania Rani nie tylko poszerzyła swoje instrumentarium, ale także zaprosiła gości i śmielej zaczęła śpiewać.

Tytułowe duchy w interpretacji polskiej pianistki, to nie tylko powracający w kulturze i sztuce motyw, wymykający się fizycznemu i naukowemu poznaniu, ale także dusze niespokojne i niepewne swojej przyszłości. Ważny dla Hani jest w tym wypadku także moment przechodzenia ze świata żywych do świata umarłych, który miewa formę swoistego misterium. To wszystko w połączeniu z brzmieniami elektronicznymi i różnorako przetworzonymi, daje płycie dość osobisty wydźwięk. Już pierwsze jej dźwięki w postaci „Oltre Terra” prezentują przedsmak tego, co czeka nas na „Ghosts”. Mgławicowe, będącą niemalże transmisją z kosmosu brzmienia, sprawiają wrażenie… uwertury do post-lemowskiej opery. Z kolei płynący, rytmiczny „Hello” z podbitym syntezatorem, zapętlonym beatem rodem ze starego disco oraz minimalistycznym fortepianem, a przede wszystkim – zaskakująco ciepłym głosem Hani, zwiastuje wręcz rewolucję w obliczu jej poprzednich dokonań. Jest też utwór „Don’t Break My Heart” sięgający roku 2017, który nie pasował do poprzednich płyt, a którego aranż idealnie wpasowuje się w atmosferę „Ghosts”. Gościnnie udziela się w nim Duncan Bellamy z Portico Quartet, który dodał brzmienia perkusyjne. Co znamienne – utwór zaczyna się od refrenu.

Ciekawie w tym zestawie wypada także naznaczony transowymi brzmieniami syntezatorów „24.03”, który mimowolnie przywołuje dokonania Jean-Michel Jarre’a. Z kolei znane z singla „Dancing With Ghosts” – eteryczne, delikatne, wzbogacone udziałem kanadyjskiego songwritera Patricka Watsona, wydaje się być niejako łącznikiem między bieżącymi, a poprzednimi dokonaniami Rani. Słychać tu podobną wrażliwość, jak na „Esji” i „Home”, podaną jednak w ‘bieżący’ sposób. Dość ‘islandzko’ wypada natomiast „A Day In Never”, który ma w sobie dużo onirycznego ducha Sigur Rós i ornamentyki Björk. A skoro jesteśmy przy Islandii, to znamienity wydaje się udział Ólafura Arnaldsa w analogowym i minimalistycznym „Whispering House”, będącym swoistą ozdobą „Ghosts”. Wspaniałą miarowością wyróżnia się natomiast „The Boat”, który powoli narasta, fundując uspokajający, podniebny spacer. Mocnym akcentem jest także „The Moans”, przepełniony niepokojem i jakimś podskórnym bólem, obudowanymi wokół kilku pętli syntezatorowych i szeptami jakby z zaświatów. Z kolei do wspomnianego wcześniej przechodzenia między światami odnosi się w „Thin Line”, naznaczonym kolejnym udziałem Duncana Bellamy’ego (świetny bit) i wiolonczelistki Dobrawy Czocher, z którą Hania występuje i nagrywa także w duecie. Pewnym wyłomem na „Ghost” jest epicki ponad 11-minutowy utwór „Komeda”, do stworzenia którego przyczynił się koncert w ramach warszawskiego festiwalu Niewinni Czarodzieje, który odbył się w listopadzie 2021 roku. I rzeczywiście –ma on w sobie coś z nieuchwytnej atmosfery twórczości Krzysztofa Komedy, gdzie syntezatory mieszają się z natchnionymi partiami fortepianu. Z kolei przeszywająca w wydźwięku „Utrata” przywołuje coś mrożącego i zimnego, mimo dość naturalnego głosu Hani. Pod koniec osiąga apogeum, dając wytchnienie w zamykającej, wzruszającej i kameralnej „Nostalgii”.

Hania Rani mówi, że lubi długie płyty, słuchane w całości jak koncertu. I myślę, że tak należy też odbierać „Ghosts”. Nie warto słuchać jej na wyrywki, choć można. Jednak w całości daje ona wgląd nie tylko w swoją wyjątkową narrację, ale przede wszystkim – w kolejną odsłonę świata Hani Rani.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały