Idles - Tangk

RecenzjaIdlesPartisan Records2024
Idles - Tangk

"Tangk" to znakomity następca nominowanego do Grammy albumu grupy Idles zatytułowanego "Crawlers".

Ten sam dowcip, choćby najlepszy, opowiedziany pięć razy nie śmieszy tak samo, jak na początku. Dokładnie to samo mogę powiedzieć o wielu muzycznych gwiazdach jednego sezonu, które usiłują nagrywać i wydawać ten sam album po kilka razy. Szczególnie widoczne jest to na rynku angielskim, gdzie wiele ‘błyskawicznych gwiazd’, po świetnym debiucie, okazują się być artystami jednej sztuczki (ang. one-trick ponies). Każdy kolejny ich album jest kopią pierwszego, a jeśli tylko próbują czegoś nowego – pada momentalne oskarżenie o zdradę ideałów, lub parcie na mainstream. To typowy dylemat tragiczny artystów, którym ze strony wymagającej publiczności grozi albo posądzenie o auto-pastisz, albo o skok przez rekina w głębiny komercji.

Idles na pewno nie są już gwiazdą jednego sezonu, tylko zjawiskiem astralnym nabierającym coraz większej prędkości, zmierzając ku nieuchronnej kolizji. Póki co są w momencie piątego albumu, ewidentnie na fali, grają w coraz większych salach, a publiczność kocha to, co robią. I w przeciwieństwie do innych przedstawicieli pewnego mikro-trendu muzycznego nazywanego UK Grim, takich jak Dry Cleaning czy Sleaford Mods, fani coraz bardziej chcą uczestniczyć w ich szalonej anarchii twórczej. Ta być może nie osiągnęła jeszcze poziomu Franka Zappy, ale powoli i systematycznie tam zmierza. Tym bardziej, że ich świeżutka płyta "Tangk" daje sygnał, że Idles poszukują drogi ewakuacyjnej do szerszego świata, niż ten, który zarysowali dotychczas. Część słuchaczy na pewno nazwie to ‘zdradą ideałów’, ‘nachalnym poszukiwaniem innowacji’, ‘pogubieniem się we własnych priorytetach’ ze strony zespołu; ale ja na pewno tak tego nie widzę.

Czy "Tangk" jest inną płytą, niż ‘klasyczny’ "Brutalism" czy hitowy "Joy as an Act of Resistance"? Tak, brzmi zdecydowanie inaczej, bardziej poszukiwawczo, frapująco, introwertycznie. A jednocześnie zawiera w sobie wystarczająco dużo dobrze znanej oranżady w proszku, aby zostać momentalnie zaakceptowanym przez ‘konserwatywnych’ fanów. Takie numery jak „Gift Horse”, „Roy”, czy „Dancer” brzmią tak, jakby były w dyspozycji Idles od zawsze, tuż obok „Mother”, „Never Fight a Man with a Perm”, czy „Danny Nedelko”. Z drugiej zaś strony, sporo tu świeżości, chociażby w „Grace”, „A Gospel”, czy oczywiście w „Hall & Oates”, nieoczywistych pomysłów, za które odpowiada przede wszystkim Mark Bowen. Ten wszechstronny muzyk i ‘maskotka’ zespołu, a także producencki omnibus, coraz śmielej kieruje rzeczami w studiu (z pomocą Nigela Goodricha) i stanowi archetyp ‘Zappy’ – szalonego geniusza, który nie traktuje świata dookoła siebie zupełnie serio. Tuż obok niego działa, rzecz jasna, frontman ekipy, czyli Joe Talbot, który odpowiada nie tylko za ironiczne, polityczno-społeczne słowa piosenek, ale także za całą estetykę tej muzyki i tego zespołu. Ta formuła póki co sprawdza się: Tangk to wciąż ‘ten sam dowcip’, ale opowiedziany już inaczej, niż na początku. "Tangk" jest albumem, który odpala od razu i przylepia się do uszu niczym masło orzechowe. Momentalnie spaja się z katalogiem Idles, tworząc koktajl przy który publiczność eksploduje. To nieodłączny element odbioru ich muzyki – szalona reakcja ludzi na koncercie. Idles są specyficznym żywiołem na scenie, a ich szał ponosi każdego, kto uczestniczy w ich rytuałach. Pod warunkiem, że ci wiedzą po co przyszli. Gdy Idles grają u siebie, tak jak w Londynie w dzień premiery albumu, sala pęka w szwach, a ściany ociekają skroploną temperaturą. Gdy grają na obcym terenie, jako suport albo na festiwalu, bywa różnie. Taka jest specyfika tego zespołu. Mam nadzieję, że pod koniec roku w Gdańsku zostanie wyzwolona ta właściwa energia.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały