Inhaler - Open Wide

Trzeci album irlandzkiego Inhaler przynosi wyraźną zmianę ich dotychczasowego brzmienia, ale jest także dobrą prognozą na przyszłość zespołu i dojrzałości muzycznej.
Życie dziecka supergwiazdy jest trochę przechlapane przez niedorzeczne oczekiwania postawione jeszcze przed urodzeniem. Z drugiej strony, supergwiazdą się jest, nie bywa – i ciężko jest bycie Bono zostawić u progu zamczyska, zdjąć różowe okulary i zostać Paulem Hewsonem. Dzieci muzyków, którzy odnieśli globalny sukces, wychowują się w muzyce, chłoną show-business od początku, posługują się żargonem, nie boją się sceny, a olimp rock’n’rolla to ich wujkowie i ciocie. To czyni je predysponowanymi do bycia muzykami, i często chcąc nie chcąc nimi zostają, szczególnie gdy nazwisko taty czy mamy otwiera im szeroko wiele drzwi.
Tak w skrócie można opisać historię Elijah Hewsona, starszego syna Bono, którego zespół Inhaler wydał właśnie trzeci krążek. Jak głosi legenda, Eli postanowił zostać muzykiem nie dzięki tacie, lecz grze „Guitar Hero” – i długo nie kojarzył faktu, kim jest jego stary. Eli nie afiszuje się z tym za bardzo, nie usiłuje zagarniać dla siebie światła jupiterów; ale pewnych rzeczy powstrzymać się nie da. Wiadomo jest, że wytwórnie typu Polydor zainteresują się kapelą syna Bono, nawet jeśli owa brzmi przeciętnie; a wielcy typu Pearl Jam czy Arctic Monkeys sami zaproponują im udział w trasie, nawet jeśli jego talent wokalny i gitarowy jest mocno na wyrost.
W tym cały sęk – ani Inhaler nie jest przeciętny, ani Eli nie jest na wyrost. Owa predyspozycja musi robić swoje, gdyż ich muzyki słucha się bardzo dobrze jak na zespół młodzików, którzy poznali się na studiach i zaczęli grać. Już debiutancki „It Won't Always Be Like This” brzmiał tak, jakby zespół wiedział od razu czego chce; chociaż, o ile wierzyć wywiadom, Hewsona i spółkę najbardziej inspiruje amerykański grunge i brytyjski post-punk, których nie słychać tu ani trochę. Słychać za to świetny indie-rock z Wysp, który najłatwiej przyrównać do The 1975, Sama Fendera, czy Arctic Monkeys. Ów styl osiągnął apogeum na ich drugiej płycie „Cuts & Bruises”.
I tak dochodzimy do ich najnowszego krążka „Open Wide” i typowego problemu, przed jakim stawało mnóstwo zespołów o ich cechach stylistycznych; ten problem to ‘Co dalej?’. Czy nasz trzeci krążek ma kontynuować zapoczątkowaną drogę, czy skręcać bardziej w stylistykę pop, która i tak jest oddzielona od rocka i innych rzeczy granicą symboliczną. Przykłady takich zespołów jak The Killers, Royal Blood, The Music, The 1975, a nawet Coldplay pokazują, że taka zagrywka może pójść różnie, zarówno w efekcie artystycznym, jak i jego odbiorze przez fanów. Ostatecznie, Inhaler nie są zespołem niezależnym, który ma wyłącznie siebie za drogowskaz.
„Open Wide” jest zatem efektem postawienia na brzmienia bardziej popowe, niż na poprzednich płytach. Hewsonowi i spółce podoba się gremialnie pochwalny odbiór ich muzyki; serwują zatem coś bardziej ‘pod publiczkę’, coś tanecznego, przebojowego, a jednocześnie zaczepnego, zróżnicowanego i spójnego. Jak mówią w „Still Young”, są młodzi i dużo im wolno. I bardzo dobrze; to nie Manic Street Preachers, którzy postanowili wydać album popowy, a który brzmi żenująco. Inhalerowi wolno brzmieć jak The Smiths w „All I Got Is You”, czy jak Paul Simon w „A Question of You”. To czas ich zabawy, demolki hotelu i rzucania prezentów do tłumu dziewcząt.
Jednym z najmocniejszych fragmentów płyty jest jej numer tytułowy. Ta fraza jest lekko prowokacyjna i z całą pewnością nie przypadkowa; na szczęście, w tekście chodzi o szeroko otwarte ramiona. To świetny kawałek, który pokazuje, że Inhaler poza stosem inspiracji, wpływów i fascynacji ma też swój własny, śmiały głos i coraz chętniej i donośniej go używa. Chciałbym, aby brzmieli właśnie tak, jak w numerze tytułowym, gdyż jest to odważny krok naprzód, ku dojrzałości brzmieniowej. Nawet jeśli ta dojrzałość oznacza, że Hewson coraz bardziej brzmi wokalnie jak jego ojciec; tak jak w „Still Young”, „Concrete” czy „Little Things”.
JAKUB OŚLAK




