Jack White - No Name

Na swojej szóstej solowej płycie Jack White powrócił do bluesowo-garażowych korzeni.
„No Name”, bo taki tytuł ów płyta nosi, pojawiła się na rynku w dość nietypowy sposób. 19 lipca w sklepach Third Man w Detroit, Londynie i Nashville można było znaleźć niepodpisaną płytę winylową. Na etykiecie widniały jedynie słowa „No Name” z 13 niepodpisanymi utworami. Słuchacze, którzy pierwsi nabyli album, szybko zorientowali się, że to nagrania Jacka White’a. Oficjalna premiera „No Name” miała miejsce 1 sierpnia, kiedy to pojawił się w serwisach streamingowych i na nośnikach fizycznych - tym razem już z tytułami utworów i tekstami piosenek. Co więcej - do nagrań Jack zaprosił swoją żonę Olivię Jean, która w paru numerach zagrała na basie i bębnach oraz córkę Scarlett White, która do dwóch utworów dograła partie na basowe. Tyle otoczki.
Muzycznie zaś „No Name” rozpoczyna żarliwy „Old Scratch Blues” z kapitalnym, pogrubionym riffem, który przypomina jego twórczość z czasów The White Stripes. Podobnie jest w intensywnym „Bless Yourself”, który dodatkowo ma w sobie coś wczesnych nagrań… Beastie Boys. Jackowi zdaje się bowiem tu skandować w stylu mc’s tej legendarnej formacji. Nieco inaczej wypada natomiast „That’s How I’m Feeling”, który ma coś z aury “Song 2” Blur, odznaczając się zbliżoną strukturą i… nośnością. Z kolei takiego utworu, jakim jest „It’s Rough On Hats (If You’re Asking)”, nie powstydziliby się nawet Led Zeppelin. Mocny groove, akordy gitarowe w stylu Jimmy’ego Page (w swojej bluesowej odsłonie - także w solówce) i wokalne zawodzenie godne Roberta Planta w najbardziej surowej formie, czyni zeń jedną z ozdób „No Name”. Zabawa konwencją pojawia się z kolei w figlarno-kaznodziejskim „Archbishop Harold Holmes”. Numer jednak zaskakująco się kończy, czy raczej - niespodziewanie wycisza. Trochę szkoda, bo to świetny rzemieślniczo kawałek, ukazujący nie po pierwszy raz zamiłowanie White’a to nieoczywistych rozwiązań. Odrobina punka? „Bombing Out” ma takie inklinacje. I choć brzmi odrobinę jak demówka, to jeden z najbardziej energetycznych numerów na płycie. Natomiast taką przebojowość, jaką reprezentuje „What’s the Rumpus?”, nie objawiała się w twórczości Jacka od czasów największych sukcesów wspomnianych już The White Stripes. Przenosi się ona także na „Tonight (Was a Long Time Ago)”, która brzmi z kolei jak nagrana w… świetnie przygotowanym garażu. Aż dziw, że White nie wykorzystuje swoich umiejętności kompozytorskich, czy raczej umiejętności do pisania przebojowych kawałków częściej. Z kolei korzenny i dość skoczny „Underground”, to kolejny przykład staro-bluesowych inklinacji autora. Trudno mówić o wypełniaczach, ale w przypadku „No Name” za takowy uznać można „Number One With a Bullet”. Wszystko się zgadza - jest prowadzący nośny riff i charakterystyczna jackowa melodia. Tyle tylko, że ten utwór niewiele tutaj wnosi. Zaś na hymn stadionowo-halowy zapowiada się „Morning At Midnight”. Nie chodzi tutaj o pogłosy pojawiające w warstwie instrumentalnej (klawisze w takim anturażu kojarzą się nieco z twórczością naszego Kultu), czy wokalnej, ale – po raz kolejny - o łatwą przyswajalność utworu. Album wieńczą zwarte „Missionary” oraz snujące się, nieco hippisowskie „Terminal Archenemy Ending”.
Jeżeli Jack ma wydawać takie albumy, jak „No Name” spontanicznie, to niech robi to nawet co miesiąc. Mając odrębne podejście (własna wytwórnia, tłocznia, system dystrybucji) do zarządzania swoją twórczością, White może nas niejednokrotnie zaskoczyć. Dowodem niech będzie także fakt, że album ma być promowany koncertowo w różnych, często nieoczywistych miejscach, a poszczególne występy mają być ogłaszane z minimalnym wyprzedzeniem. Można?
MACIEJ MAJEWSKI




