Jakko M. Jakszyk - Son of Glen

Obecny frontman King Crimson ponownie wraca do swoich skomplikowanych korzeni, przynosząc niezwykle intymny, autobiograficzny album pełen wspomnień i tajemnic.
Jakko M. Jakszyk
Jakko Jakszyk chlapnął niedawno w wywiadzie, że King Crimson pracuje nad nowymi nagraniami, z których może ale nie musi coś wyniknąć. David Singleton, prawa ręka Roberta Frippa od biznesu King Crimson, natychmiast sprostował ten PR-owy lapsus, co zresztą nie zdarzyło się Jakszykowi po raz pierwszy. Ten serdeczny, noszący serce na rękawie gaduła już wcześniej „podpadł” Frippowi za zbytnią otwartość w sferze publicznej, sprzeczną z dyscypliną karmazynowego dworu. Grunt, że w ferworze poszukiwań treści owego wywiadu wiele osób natrafiło na informację o niedawnej premierze nowego solowego krążka Jakszyka, „Son of Glen”.
Wszystko czego możemy oczekiwać po tak zatytułowanym krążku spełnia się. Jakko po raz kolejny wraca do swojej zagmatwanej przeszłości, tworząc album jeszcze bardziej osobisty i autobiograficzny, niż poprzedni „Secrets & Lies”. W ubiegłym roku Jakszyk wydał pamiętnik zatytułowany „Who's The Boy With The Lovely Hair?”, w którym szczegółowo nakreśla swoją historię, sylwetki przybranych rodziców (w tym ojca Norberta, po którym nosi przybrane, polskie nazwisko), a także to, co wie o swoich rodzicach biologicznych – matce Peggy z Irlandii, oraz amerykańskiemu pilotowi imieniem Glen, który stacjonował tamże w czasie II wojny światowej. Archetyp nieznanego ojca jest w muzyce rockowej powracającym budulcem, który znamy chociażby z twórczości Rogera Watersa czy Eddiego Veddera. Także Jakszyk nie sięga po ten temat po raz pierwszy; w 1997 roku ukazała się jego inna autobiograficzna płyta zatytułowana „The Road To Ballina”, służąca jako rodzaj słowno-muzycznego reportażu, transmitowanego w całości na antenie BBC. Teraz Jakszyk ponownie odwiedza Ballinę, irlandzkie miasteczko pośrodku niczego, z którego pochodzi jego biologiczna matka. Główna część płyty jest spięta odą na jej cześć i jest ułożona ze szczątków wspomnień, jakie Jakszyk posiada z tamtego czasu.
A jak to każdy chłopiec o kręconych włoskach, tak i mały Jakko miał być najpierw aktorem, a potem piłkarzem, zanim odkrył muzykę. Ta odrobina aktorstwa jest w nim po dziś dzień, o czym świadczą chociażby te wywiady, w których Jakko nigdy nie odpowiada frazesami, tylko prosto z serca, z lekką dozą dramaturgii. Jest przeciwieństwem stonowanego Roberta Frippa, trzymającego emocje na wodzy (co jak wiemy od Jakszyka jest pozą), a jego emocjonalny, subtelny wokal bardziej pasuje do art rockowych The Cars czy The Blue Nile, niż opętanego Grega Lake’a czy szalonego Adriana Belew. A mimo to, sprawdza się w obu tych rolach.
Jakko Jakszyk był swego czasu członkiem Level 42 i ta ‘ejtisowa’ nuta jest cały czas przy nim, wyraźniejsza niż na „Secret & Lies”. Za najlepsze momenty „Son of Glen” uważam właśnie te numery, gdzie wychodzi z niego ten ‘sophisti-pop’, oparty na wpływach jazzu i funku, taki jak na „I Told You So” czy „How Did I Let You Get So Old?”. Oczywiście nie przeważają one elementów progresywnych, ale nawet te są bardzo łagodne i wrażliwe, jak to cały Jakko. Szczytowym punktem krążka jest jego długi tytułowy numer, w którego złożeniu pomagali Gavin Harrison (ach te talerzyki!), Ian Mosley, a także Louise Patricia Crane (widoczna na okładce) w chórkach.
„Son of Glen” to świetny album, którego słucha się z przyjemnością, nawet jeśli jego kontekst jest dla nas nieistotny. Jakko pokazuje na nim jeszcze dobitniej co drzemie w jego duszy, a jego miękki, aksamitny wokal jest wręcz naturalnym elementem tej intymnej, dyskretnej muzyki. Ten krążek bardzo przypomina mi ‘osobisty’ prog rock, z którego słynie chociażby Tim Bowness, będący wypadkową międzygatunkowych fascynacji dźwiękowych pomnożonych przez osobiste frustracje i niepokój. Trochę karmazynowych nut tutaj rzecz jasna słychać, ale to przede wszystkim Jakko, z nagranym głosem ojca (Norberta, nie Glena) i basem syna Django u boku.
JAKUB OŚLAK

