John Cale - Mercy

RecenzjaJohn Cale - MercyDomino Recordings2023

John Cale za chwilę będzie świętował 81 urodziny – i właśnie wydał nowy album.

Nie pomylę się, gdy powiem, że wielu o nim zapomniało, lub w domyśle wysłało na naturalną emeryturę. Tymczasem współzałożyciel i kluczowy muzyk The Velvet Underground ma się doskonale – gdyż tylko tak mogę określić kogoś, kto wydaje taką płytę, jak "Mercy". Cale nie zwykł zabawiać fanów inaczej, niż muzyką; dlatego też 10 lat ciszy z jego strony można było przyjąć za oznakę chęci odpoczynku po barwnym, burzliwym, twórczym życiu. Nic bardziej mylnego. W jego głosie słychać upływ czasu, ale nie to jest tu najważniejsze. Czuję, że Cale będzie ‘grał do końca’, podobnie jak Bob Dylan, Roger Waters, Bryan Ferry, Neil Young, czy John McLaughlin.

Weteran nowojorskich eksperymentów otoczył się gromadą młodzieży i komponuje nowoczesną formę opartego na elektronice art-rocka. Podobnie jak David Sylvian, tak i Cale ‘chowa się’ za muzyką, śpiewając oraz nagrywając swój wokal w sposób senny, oniryczny, z tylnego siedzenia – dając jak najwięcej przestrzeni tym, którzy odpowiadają za muzykę. Naturalnie dla Cale’a, jest art-rockowo, eksperymentalnie; ale też elegancko, rytmicznie, niespiesznie, po prostu przyjemnie. Każda z kompozycji to uchwycona w czasie chwila, z której muzyk i słuchacz ma możliwość wyciśnięcia jak najwięcej emocji, atmosfery, przekazu, wspomnień. Utwory są rozbudowane i rozwijają się niespiesznie, jakby nie chciałby się kończyć, chcąc trwać i cieszyć jak najdłużej.

Płyta jest długa, trwa 72 minuty; na dzisiejsze standardy to daje dwa albumy. Ale Cale’a to nie obchodzi; ta muzyka dzieje się tu i teraz. Pomimo dużej dawki melancholii tu zawartej, jest to płyta krzepiąca – podoba mi się jej podniosłość („Out Your Window”), jak i intymność (tytułowa „Mercy”). Słychać, że Cale jest zadowolony, uśmiecha się do słuchaczy („Noise of You”), ale też spogląda strapiony w przestrzeń („Not the End of the World”). Podoba mi się zderzenie nowoczesności – aranżacje wokali, elektronika, syntezatory – ze smyczkami i przestrzenią muzyki ‘poważnej’. Cale znowu wyciąga rękę w ten przepastny, twórczy worek – i cały czas coś z niego wyciąga, dla siebie i dla nas. "Mercy" to kolejna ‘lekcja’ muzyki od wielkiego mistrza; nie przegapmy jej.