KAMP! - Dare

Po trzech latach oczekiwania doczekaliśmy się nowej płyty łódzkiego KAMP! Nasz recenzent Marcin Knapik sprawdził, czy warto było tyle czekać.
Największa nadzieja polskiej muzyki elektronicznej. Tak nazywany był zespół Kamp! Trochę czasu od ich debiutu już jednak minęło (zespół powstał w 2007 roku). Można sprawdzić, co pozostało z tych nadziei.
Fani ciekawostek na pewno odnotują prawidłowość dotyczącą terminów wydawania albumów studyjnych łódzkiego zespołu. Debiutancki krążek „Kamp!” – listopad 2012 roku, „Orneta” – październik 2015 roku i teraz „Dare” – we wrześniu 2018 roku. I jeszcze z ciekawostek – płyta „Dare” miała dwie premiery. Cyfrową – 17 września, w dzień urodzin Michała Słodowego. W formie fizycznej – 21 września, w dzień urodzin Tomasza Szpaderskiego.
Tak słucham sobie płyty „Dare” i zastanawiam się, czym tu się w niej zachwycić. I nie jest łatwo. Gdy wydawana była płyta, lato się kończyło. A tak się składa, że wpasowałaby się w klimat, bo jest letnia. Dosłownie i w przenośni. Przez całą płytę pozostajemy w strefie electropopu. Ale jeśli chodzi o poziom, to tutaj występują już różne stany. Takie utwory jak „F.O.M.O.” czy „Race Gyal” w założeniu mają przebojowe brzmienie. Z tym, że nie jest to electropop najwyższych lotów. Wkurzający efekt autotune’a nie pomaga w szukaniu dobrych stron. Lepiej wypada „Don’t Clap Hands”, choć utrzymany jest w podobnym klimacie przebojowości. Bardzo średnio wyszła za to próba połączenia patosu z elektropopowymi latami 80. w „My Love”.
Są jednak też powody, by nie uznawać tej płyty za złą. Takim jest na przykład „Drunk” – na tle innych utworów spokojniejszy i oszczędniejszy. Do tego z udanym, gościnnym udziałem Hani Raniszewskiej z duetu Tęskno. Za dobre utwory można uznać „New Season” i „Dalidę”. „Nanette” to fajne zakończenie albumu.
Jest chwytliwie. Jest przebojowo, biorąc pod uwagę muzykę królującą obecnie. Zresztą da się wyłapać w utworach inspiracje obecnymi trendami. Ale biorąc pod uwagę całość składającą się z jedenastu utworów, „Dare” jest średnią płytą. Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Spodziewający się wielkiego dzieła – kierując się w założeniu tym, o czym wspomniałem na początku recenzji – mogą się rozczarować.




