Kings of Leon - Can We Please Have Fun

Followillowie zmienili wytwórnię i producenta. Częściowym efektem tych ruchów jest dziewiąta płyta kwartetu z Nashville zatytułowana „Can We Please Have Fun”.
Na dzień dobry dostajemy syntezatorowo naznaczone, senno-kwaśne „Ballerina Radio” z zawodząco-łkającym wokalem Caleba. Odrobinę żwawiej robi się w „Rainbow Ball", gdzie nie tylko riff oraz sekcja rytmiczna zdaje się grać w bardziej pobudzony sposób, ale i sam frontman śpiewa witalnie. Ale na dobre płyta zaczyna błyszczeć wraz z dość tanecznym, singlowym „Nowhere To Run” ze znamiennymi słowami refrenu: There’s just nowhere to run/Ah, look at me, I'll go down a mystery, ah/Are wе still having fun? korelującymi niejako z tytułem albumu.
Zaskakuje za to „Mustang”, mający w sobie coś z ducha dawnych, przedmillenijnych nagrań U2, czyli z czasów, gdy zespół ten legitymizował się jakimkolwiek poczuciem humoru. Indie-kowbojskie „Actual Daydream” zapowiada się z kolei na pewniak koncertowy, natomiast nic dziwnego, że na drugiego singla wybrano „Split Screen”, który pod kątem rytmicznym mocno przypomina „Every Breath You Take” The Police, a jednocześnie mądrze spina narrację w samym środku płyty. Dość sprytnie wypada „Don't Stop the Bleeding” z prowokującym klaskanie bitem i wyeksponowanym wokalem Caleba, lokującym się gdzieś między Philem Collinsem, a Markiem Hollisem. Słuchając zaś „Nothing To Do”, można by odnieść wrażenie, że słuchamy zupełnie innej płyty! Porządny, punkowy wręcz riff oraz gubiący melodie wokal, przechodzący w krzyk, kapitalnie i nadzwyczaj nośnie prowadzą tę kompozycję. Podobnie jest zresztą z przestrzenno-gitarowym „M Television”, który zdaje się nawiązywać do najbardziej przebojowych fragmentów z całej twórczości zespołu. Apogeum zabawy przynosi natomiast „Hesitation Gen”. Mający w sobie coś dawnego, glamowego przepychu, dzięki absolutnie radosnemu riffowi, mimowolnie zachęca do nieskrępowanej celebracji. Im bliżej końca płyty, tym nastrój powoli opada, czy to za sprawą sour-dancingowego „Easy On Me”, czy późno-britpopowego(!), zamykającego „Seen”.
„Can We Please Have Fun” wyprodukował Kid Harpoon, a więc człowiek znany ze współpracy z Harrym Stylesem, czy Florence + The Machine. Nie zaszkodziło to zawartości krążka w żaden sposób. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że Brytyjczyk dał panom Followillom naprawdę dużo swobody, dzięki czemu dziewiąty album Kings Of Leon brzmi niewymuszenie i całkiem prostolinijnie.
MACIEJ MAJEWSKI


