KMFDM - Let Go

"Let Go" to już 22 album w czterdziestoletnim dorobku dorobku formacji KMFDM.
40 lat działalności (w tym ponad dwuletnia przerwa) i 22 albumy studyjne. Jak na ekipę tworzącą muzykę na peryferiach rocka, to musi być jakiś rekord. Co ciekawe, KMDFM będą niedługo świętować swoje 10 urodziny; tak, za oficjalną datę powstania zespołu uznaje się 29 lutego 1984. Od tamtej pory zarówno ironia jak i łaskawość dobrej muzy ich nie opuszcza; i trudno jest wyobrazić sobie, aby Sascha Konietzko nie uświetnił tego podwójnego jubileuszu w inny sposób, niż tylko nowym wydawnictwem. Trzeba przyznać otwarcie, rozmiary ich dorobku mogą przerosnąć największych twardzieli (chociaż to nie są nawet przedbiegi do stachanowców ambientu lub awangardowego jazzu) i łatwo uznać sporą jego część za nudną i wtórną. Tym bardziej powiadam – "Let Go" to świetny krążek. KMFDM, jak większość przedstawicieli rocka industrialnego i electro-industrialu, nie słynie z przesadnej innowacyjności kolejnych albumów, lecz raczej z ‘dobrego rzemiosła’ i nie schodzenia poniżej pewnego poziomu, do którego przyzwyczaili swoich wiernych wielbicieli od tylu lat. Mimo to, ich twórczość bardzo wyraźnie dzieli się na dwie połowy, oddzielone tymczasowym hiatusem. Ta pierwsza, ostrzejsza i bardziej ponura, to czas gdy Saschy towarzyszył jego partner w zbrodni En Esch, a zespół wydawał się w słynnej Wax Trax!, wytwórni która wypromowała cały szereg najważniejszych przedstawicieli różnych odmian industrialu. Ta druga, obowiązująca do dziś, to partnerstwo muzyczne i życiowe Saschy z Lucią Cifarelli, a także z niosącą pochodnię industrialu wytwórnią Metropolis.
To dzisiejsze KMFDM jest mniej doświadczalne, a bardziej popowe, mainstreamowe, taneczne; i dokładnie takiej muzyki należy oczekiwać po "Let Go". Wszystko wspaniale zgrzyta i iskrzy, jest futurystycznie, dystopijnie i cyberpunkowo; a mimo to, najchętniej słuchanymi numerami w magnetofonie kierowcy są „Headhunter” Front 242, „Blue Monday” New Order i „Maria Magdalena” Sandry. Głos i wielobarwny śpiew Lucii Cifarelli jest obowiązującym znakiem rozpoznawczym KMFDM, od dzikiego wrzasku w doskonałym „Push!” po synth-popowy „Touch”, przypominający klasyczne numery Propagandy. Sascha doskonale zdaje sobie sprawę, do jakich brzmień i jakiej estetyki odczuwamy nieprzemijający sentyment i wciela te rozwiązania bez pardonu tu i teraz.
"Let Go" jest płytą, która bawi i którą po prostu chętnie się słucha. Mnóstwo tu gitary, mnóstwo syntezatorów, wokoderów, industrialnego powabu podziemnego Hamburga i spalonych słońcem australijskich autostrad z Mad Maxa. Świetnie wypadają „When the Bell Tolls”, „Next Move” czy „Airhead”, a także „WW 2023” (dubowa wersja „WWIII” sprzed 20 lat), których nawet sami autorzy nie darzą pełną powagą. Tak, w muzyce KMFDM jest dużo humoru, kuksańców, oczek do słuchaczy, dobrej zabawy w coraz ciekawszych czasach. "Let Go" to mocne uderzenie, które brzmi jak rozciągnięty do rozmiarów albumu ich największy przebój, czyli „Juke-Joint Jezebel”. Świetny koktajl retro- i futuro-, a także ostateczny blend undergroundowego KMFDM z ich mainstreamowym obliczem.
JAKUB OŚLAK



