Król Słońce - Wschód Zachód

„Wschód Zachód”, czyli pełnoprawny debiut grupy Król Słońce objawia się zgrabnymi aranżacjami oraz intrygującymi inspiracjami.
Tych wpływów jest na płycie zespołu jest rzeczywiście sporo: od prog-popu i alt-disco, aż po drobne loty psychodeliczne i muzykę filmową. Kłania się tu też poniekąd tradycja polskiej piosenki z lat 70. Tymczasem otwierający płytę „Wschód” jawi się częściowo jako fuzja psychodelii i... jazzu. Ujmujący ‘letni’ aranż i beachboysowe chórki sprawiają, że brzmi to jak muzyka sprzed dekad, sięgająca czasów Lata Miłości. Nieco bujniej wypada „Ostatnia szansa”, która podbita nieco funkowym pulsem i takimiż klawiszami, tętni przyjemną aurą, a indie-rockowe wokale tylko ją dopełniają. Z kolei zgrabne „Zero Zero” ma tak uniwersalny wymiar, że spawdzi się o każdej porze dnia i nocy. Dość tęskne „Co by się działo” ponownie przywołuje ducha tradycji, ale ma też w sobie coś z nagrań nieodżałowanych The Car Is On Fire, chociażby na odcinku aranżacyjnym. Z kolei niemalże dyskotekowe „Znów oddychamy” dzięki około beatlesowskim harmoniom, tworzy iście beztroski klimat, choć tematyka tekstu może na to niekoniecznie wskazuje. Zaś dość miniaturowe i nieco uproszczone “Zawsze”, można zdaję się potraktować jako swoisty przerywnik - zwłaszcza wobec przebojowego “Jupitera”. A dokładając do tego ciepłe, soulowe “Tuż” oraz powolny, filmowy “Seans”, finał okazuje się dość nieoczywisty. Całość dopina jeszcze odpowiednio “Zachód”.
Król Słońce nie tylko odrobili lekcje z historii songwriteringu muzyki rozrywkowej, ale biorąc pod uwagę ich umiejętności aranżacyjne, mają zadatki na rozwój w bardzo interesujących kierunkach. “Wschód Zachód” jest na to wystarczającym dowodem.
MACIEJ MAJEWSKI
