Kryształ - Poświaty

RecenzjaKryształPiranha Music2024
Kryształ - Poświaty

Warszawski kwartet Kryształ na swojej drugiej płycie przechyla stylistyczną szalę w stronę shoegaze’u.

O ile na imiennym debiucie dominował postpunk z domieszką pewnej oniryczności, o tyle „Poświaty” to kompletna podróż wśród dźwięków smutnie-rozmarzonych, wypełniona w dużej mierze metaforycznymi tekstami Iuriego Kasianenko. Już ironiczna „Radość” otwierająca płytę, lokuje klimat wśród klasyków shoegaze’u z pewnym ukłonem także w stronę nieodżałowanych The Stone Roses. Smutny, tęskny i chwilami dość powłóczysty głos Iuriego stanowi tu znakomite uzupełnienie mglistej zasłony, składającej się z gitar Huberta Kosa, basu Kubczaka Dobrzyńskiego i perkusji Jakuba Didkowskiego. Nieco posępniej jest w „Kwiatach zła”, choć postpunkowy rytm (oraz hardcore’owa końcówka) wyciągają tu z pewnego letargu. Zaś odniesienie do wyśpiewywanych przez Kasianenkę słów: „Nastał czas, nastał czas” każdy powinien znaleźć sam. Ponurości nie brakuje także w „Końcu magii”, ale senna narracja niepozbawiona autoświadomości („I wierzę, że coś tu robię źle/I znów mierzę/Znów mierzę”, czy „I póki wierzę w nią – też trwam”), daje dość konkretne zaczepienie w… rzeczywistości. Z kolei z dołującym „Młodym bogiem” z jednej strony koresponduje żwawy rytm, a z drugiej bardzo zaczepny refren ze słowami „Wiedziałem, że/Spotkam Ciebie tu”, czyniąc zeń jedną z najlepszych kompozycji w dotychczasowym dorobku Kryształu.

Kołyszący „Rzut kamieniem” początkowo całkiem przyjemnie zwalnia, fundując dość osobisty tekst, z wyraźnym odniesieniem do pokolenia Millenialsów, którego finałowy, silniejszy wydźwięk potęguje mocniejsza gra instrumentalistów. Wstrząsająco wypadają za to „Złote rybki”. Numer rozsadza melancholia i ledwie pohamowany żal, wylewający się z głosu Iuriego. To jeden z kluczowych momentów „Poświatów”, definiujący przynajmniej częściowo naturę podmiotu lirycznego na tej płycie. Nieco inaczej wybrzmiewa balansująca na skraju rezygnacji „Strefa ciekawości”. To w sumie najtrudniejszy muzycznie numer na tym albumie, bowiem swoją dość nieprzyjemną mantrycznością, wywołuje pewien zaduch i nieznośność w odbiorze. Z kolei zamykające „Zamki z piasku” to elegia samotności i nietrwałości ukazana z perspektywy dziecka. Ta poruszająca i przygnębiająca puenta, utwierdza odbiorcę wraz z ostatnimi słowami na tej płycie, że natura wyrównuje wszystko.

Przyznaję, że „Poświaty” mnie uwiodły. Tak muzycznie, jak i lirycznie. To album, który dotyka momentami bardzo głębokich strun emocjonalnych i zakamarków pamięci, o których jako dorośli ludzie często zapominamy. I choć nie jest to materiał wielce odkrywczy muzycznie - jest tak poukładany, że działa nawet po kilkudziesięciu odsłuchach.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały