Kula Shaker - K2.O

Gdy debiutowali 20 lat temu ich album "K" wyprzedzał rzeczywistość o co najmniej dekadę. Teraz, gdy czas ich dogonił, oni odwracają się na pięcie i sięgają w przeszłość, aby nie wchodzić drugi raz do tego samego nurtu.
Już sam tytuł ich nowego albumu - "K 2.0" - prowokuje do pytań o naturę skrywanej pod nim muzyki. Czy jest to powrót do brzmień natchnionego debiutu, jego dalszy ciąg, a może końcowy przystanek pewnego koła, którego elementami byliśmy przez cały ten czas? Odpowiedź każdy z nas znajdzie swoją, a prawda jest jedna - ta płyta niewiele ma wspólnego z czymkolwiek, co Kula Shaker nagrali wcześniej.
Na ich dorobek składają się dwa mainstreamowe albumy wypchane przebojami, oraz dwa niszowe, bardziej kontemplacyjne krążki skierowane przede wszystkim do fanów. "K 2.0" lewituje gdzieś pomiędzy tymi kanałami. Z jednej strony nie neguje czasu w którym powstała i miejsca w którym zespół znajduje się po 20 latach dosyć nietypowej kariery. Z drugiej zaś w oczywisty sposób sugeruje chęć ponownego podbijania serc i umysłów ciekawych nowych światów. "Infinite Sun" to ich najlepszy numer od kiedy ostatnio gościli w MTV. Reszta płyty jednakże wymaga od słuchacza czegoś więcej niż tylko chwila uwagi w porannej drodze do pracy.
Tą płytę mógłby spokojnie nagrać Tom Petty, gdyby spotkał Raviego Shankara. To jak ostatnia wieczerza wschodu z zachodem, gdzieś w poświacie zachodzącego po raz ostatni słońca. Płyta ma bardziej filozoficzny, frapujący wydźwięk, o czym świadczą mniej piosenkowe, a bardziej poetyckie teksty zdobiące kolejne kompozycje. Nad muzyką czuwają dwa duchy - niespotykana wcześniej w brzmieniu Kuli "americana", trochę w stylu Dylana czy Younga, oraz tradycyjna tęcza sitar, tabli i santoori. Całość rzecz jasna spaja wiecznie niezaspokojony brytyjski głód muzyki, a także tradycyjna dla tego zespółu kosmiczność i rytualna psychodelia.
Nie da się ukryć, że zespół podąża własną drogą. Czy jest to w pełni świadomy błogosławiony przez Shivę wybór, czy raczej efekt przypadku, chaosu – tego nie osądzi nikt. To, że nie istnieją w mediach, które 20 lat temu biły im pokłony świadczy bardziej o mediach, niż o nich. Żyjemy w czasach, gdy pojęcia sukcesu i porażki utraciły wszelki pierwiastek obiektywności i uniwersalności. Kula Shaker w tym całym szaleństwie zachowali równowagę, mimo iż kosztowała ich ona miejsce na medialnym piedestale oraz lata twórczego niebytu. Być może znowu widzą więcej, niż my. A może to wcale nie my jesteśmy adresatami ich nowego dzieła?
Co zatem nowego oferuje ta płyta, czego fani Kula Shaker nie słyszeli do tej pory? Przede wszystkim jest w tym materiale pewna doza niepokoju, wątpliwości, zachwianego optymizmu jaki wypełniał ich wcześniejsze dokonania. Dokądś zmierzamy, ale czy słusznie? Może warto zawrócić i podążyć w przeciwną stronę? Ale skoro to droga jest celem, to dlaczego tak ciężko wędrować samemu? „K 2.0” to płyta chwytliwa i krzepiąca. Jest zaproszeniem słuchaczy do dalszej wspólnej wędrówki tymi kanionami Arizony oraz brzegiem Brahmaputry, do wielokrotnych podróży umysłu z udziałem ich nieodmiennie wciągającej muzyki.

