Lady Pank - 45

Kiedyś komentowali PRL, dziś komentują współczesną Polskę. Zmieniła się rzeczywistość, ale lejdipankowy pazur wciąż drapie z tym samym naciskiem. To największa siła Lady Pank i jubileuszowego albumu „45”, który żywo pokazuje jak muzyka może dojrzewać razem z zespołem, a jednocześnie trafiać do młodego pokolenia.
Jubileuszowy, dziewiętnasty już album Lady Pank chociaż bardzo przebojowy to materiał wypracowany w dojrzałym rytmie. W wywiadzie dla Teraz Rocka Panasewicz przyznał wprost: "Nie śpieszyliśmy się". W świecie szybkich premier taka deklaracja brzmi jak bunt. Kto jeśli nie Lady Pank może sobie pozwolić na luksus tworzenia w swoim tempie ? Ich muzyka nie musi gonić już za trendami, wręcz przeciwnie. Najcenniejszą walutą jest doświadczenie zdobyte na przełomie niemal pięciu dekad.
Nie przypadkowo "45” to najmocniejsza, najbardziej gitarowa płyta Lady Pank od lat. Większość partii nagrał Jan Borysewicz, nadając nowym utworom ostro zarysowany, spójny ton. Brak w nich przeprodukowanych wątków, wszystko zostało nagrane „z marszu”. Nie jest to jednak powrót do młodości, bardziej manifest dojrzałej wersji siebie. Największym w niej zaskoczeniem jest chyba jednak warstwa liryczna. Mogielnicki wrócił tu w życiowej formie jako drapiący głos społeczeństwa, zadziwiająco trafnie uderzając w czułe punkty. Tak jak w „Uciekaj”, gdzie rozkłada współczesnych ekstremistów na czynniki pierwsze. Coraz więcej tekstów pisze sam Borysewicz, Jego słowa słyszymy na przykład w utworze „F33”, intymnym przemyśleniu dotyczącym depresji, czy w trochę zabawnym „500+”, w którym trudno znaleźć granicę między szczerym uśmiechem, a ironią mrugającą do młodego pokolenia. Z kolei młodszy Wiraszko w tekście do „Kalifornii” przemyca hołd dla starych brzmień z komentarzem o „fabryce małpek, która znowu nadaje”. To też sygnał czasu — w zespole liczącym 45 lat, naturalnie rośnie potrzeba mówienia własnym głosem. Tu ageizm nie ma wstępu, bo dojrzałość pozwala mówić o tym, co kiedyś w rocku było tabu. Brakuje tylko tekstów Panasewicza, który wynagradza nam to wokalem starzejącym się jak whiskey, nie jak mleko. Po wielu latach na scenie Jego głos jest mocniejszy, bardziej chropowaty, bardziej „ziemski”. Tylko otwierające płytę „Motyle” trochę nie pasują do nieśmiertelnej energii dinozaurów rock’n’rolla, którzy zdają się wzdychać za młodością ulatniającą się z finezją tytułowych owadów.
To tylko twardy dowód na to że najnowszy album Lady Pank nie próbuje odmładzać rocka. Raczej pokazuje, że rock może starzeć się godnie i wciąż brzmieć jak komentarz do współczesności, a nie jak relikt z muzeum.
EWELINA MAREK


