Lech Janerka - Gipsowy Odlew Falsyfikatu

RecenzjaLech JanerkaMystic Production2023
Lech Janerka - Gipsowy Odlew Falsyfikatu

18 lat przyszło czekać na nową płytę Lecha Janerki. „Gipsowy odlew falsyfikatu” to jednak wbrew pozorom album niewymuszony.

Materiał muzyczny był już podobno gotowy w 2012 roku. Trudniej było z warstwą liryczną, bo - jak sam Janerka przyznaje – tym razem muzyka nie wystarczyła by od razu pojawiły się teksty. Pisane były ponoć w tempie „sylaba na tydzień”. Proces więc się znacznie przeciągnął. Doszły do tego również próby miksów, za które autor także się zabrał. Ostatecznie jednak odpowiadają za nie jeden z muzyków zespołu Janerki - Bartosz Straburzyński oraz Marcin Szwajcer, znany ze współpracy z Roksaną Węgiel, czy Katarzyną Groniec. Tyle technikaliów.

„Gipsowy odlew falsyfikatu” rozpoczyna się od stopniowego, miarowo tykającego, a konsekwencji post-klezmerskiego „Omm”, w którym już pierwsze słowa, zaśpiewane mocno osadzonym wokalem Janerki: To wrogie terytorium/Konkwista mi wychodzi bokiem, zdają się być kluczem dla reszty tekstu. Sam autor przyznaje zresztą, że inspiracje liryków są bardzo ulotne i bywają dość pokrętne… Pozostaje więc zasadzanie się na kolejnych, pojedynczych wersach – tak jak to zresztą w przypadku wielu piosenek Lecha Janerki bywało wcześniej. Nieco silniej wypada „Chyba” z prostą, acz dość chwytliwą partią basu i delikatnie miotełkującą perkusją, które na tle reszty muzycznego anturażu, zahaczającego o lata 80., przywołuje dawne dokonania autora. Zaś słowa Głowa płonie, ale dystans i takt, to esencja liryczna tej kompozycji. Zaskakująco wypada za to „I moll” z uwypuklonymi partiami wiolonczeli Bożeny Janerki, a przede wszystkim kilku barwowym głosem Lecha, kojarząc się tym samym z „I Want It All” Depeche Mode. Mamy też pocztówkę z czasów covidowych w postaci dwudziestopięciosekundowej deklamacji Bzy pylą pandemią/ ludzie mrą w „Maj”. Kolejne utwory, to kompozycje, które znane były wcześniej: pulsującą „Zabawawę” i chwytliwą „Wannę na Wawelu” poznaliśmy już w 2019, bo wówczas ukazały się na singlach. Dzieli je utwór, który pojawił się pod koniec października br., czyli nieco teatralna „Dupa jak sofa”, traktująca w skrócie o znieczulicy i obojętności inteligencji na zło wokół. Najmocniej z całej płyty wypada natomiast ponure i nieco profetyczne „Pora na zło” z ostrzegającymi słowami: Fortepiany znowu z hukiem lecą na bruk. Ostatnie dwa utwory: „Lewituj” i „Nie śpię, śpię i nie śpię” poruszają wątek snów, od których autor – jak sam przyznaje – niejako się ‘odłączył’, deklarując w pierwszym z nich (paradoksalnie onirycznym w wydźwięku): Nie pamiętam prawie nic/Nie pamiętam, co się śni. W drugim zaś, ponad dziesięciominutowym i kapitalnie spinającym całość, padają znamienne słowa: Lunatykuj ze mną/To światowy program.

Nie wiem, czy jest na polskiej scenie artysta będący jednocześnie tak bardzo wsobny i osobny jak Lech Janerka. „Gipsowy odlew falsyfikatu” to płyta zawieszona w czasoprzestrzeni, nie będąca jednak tak daleko od rozterek współczesności. Janerce ponownie udało się stworzyć album bardzo ‘janerkowy’, który pewnie tylko on sam jest w stanie odczytać prawidłowo.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały