Leonard Cohen - Popular Problems

RecenzjaGrzegorz SzklarekLeonard CohenSony Music2014
Leonard Cohen - Popular Problems

Leonard Cohen sprezentował nam wspaniałą płytę na swoją "osiemdziesiątkę".

Życie jest jednak przewrotne. Zastanawiam się, ile wspaniałych dźwięków i emocji ominęłoby nas, gdy menadżerka Leonarda Cohena nie ukradłaby mu tych kilku milionów z konta. Aby mieć z czego żyć, piosenkarz musiał zakończyć emeryturę, ubrać garnitur oraz kapelusz i ponownie wyruszyć na podbój świata. Dzięki temu byliśmy świadkami wspaniałych koncertów, a w nasze ręce trafiły rewelacyjne płyty. Takie jak "Popular Problems".

Właściwie już biorąc po raz pierwszy płytę do ręki, można bez "pudła" zgadnąć, jaka będzie jej zawartość. Cohen nie zmieni się przecież nagle po tylu latach muzycznej wędrówki. Wiadomo, że będzie melancholijnie, intymnie, zmysłowo, że Mistrz będzie czarował nas swoim niskim, lekko zachrypniętym głosem (z każdą płytą chrypka się pogłębia), który na tej płycie odgrywa rolę najważniejszego instrumentu. I który niemal w każdej piosence prowadzi czarujące i zmysłowe dialogi wokalne z żeńskim wokalem w tle.

I ta wiedza nie przeszkadza nam w chłonięciu "Popular Problems" z wypiekami na twarzy. Choć znakomita większość płyty to ballady, to nie ma tu dłużyzn. Zaledwie 36 minut, dziewięć oszczędnie zaaranżowanych, płynących leniwie utworów. Słychać tu bluesa, country, jazz, pojawiają się także nawiązania do muzyki arabskiej.

Życzymy wszyscy Cohenowi wszystkiego najlepszego i długich lat w zdrowiu, ale gdyby miało się okazać, że jest to jednak ostatnia płyta w jego dyskografii, to lepszego pożegnania nie mógł sobie sprezentować. Bardzo sympatyczna, ciepła, wyciszona płyta. Na zbliżającą się jesień...

Powiązane materiały