Lotyń - Zachody Nad St. Anthony

RecenzjaMaciej MajewskiLotyńLotyń2022
Lotyń - Zachody Nad St. Anthony

Lotyń powrócił po 16 latach przerwy wydawniczej nową, przesadnie sentymentalną płytą „Zachody nad St. Anthony”.

W latach 90. grupa dała się poznać jako band zapatrzony w brytyjską muzykę gitarową. Efekty tego były różne, aczkolwiek zespół regularnie koncertował na mniejszych i większych scenach. Przysłowiowa proza życia spowolniła nieco jego działania i przetasowała nieco skład. Mniej więcej tuż przed pandemią udało się zebrać nowy, który nagrał tę płytę. Fascynacje sprzed lat się nie zmieniły zbytnio, natomiast niestety bardzo się zestarzały.

Już otwierający „Podatny na mgły dotyk” z przewrotnymi słowami refrenu: Powiedz mi, że kochasz, a łatwiej zapomnę cię, lokuje grupę blisko brzmień z pierwszej płyty… Myslovitz. Podobnie jest z „Twoją fotografią”, który choć zaskakująco ma linie basu w stylu Sonic Youth, znów nawiązuje do brzmień sprzed 3 dekad, a ckliwy, wspomnieniowy tekst tylko potęguje to wrażenie. Granicę ckliwości przesuwa jeszcze bardziej „Nowy deszcz”, który przypomina z kolei dokonania Happysad. Nieco lepiej wypadają muzycznie żwawsze „Spadające pytania”, choć tekst ze słowami refrenu: Smutek spadł mi z ramion na twarz chybi… Z kolei „Ogród łzy” spokojnie można sobie darować, bo to zupełnie niepotrzebny numer w tym zestawie. Natomiast „Historia zapomnianej miłości” do spółki ze skocznym „Dniem wariata” to bodaj najbardziej nośne ze wszystkich utworów na płycie. „Wios-nowa miłość” jawi się zaś jako nie mniej podnóżkowa od poprzedników słodko-gorzka oda do utraconej miłości. Przyrodnicza „Biała droga” stanowi wprowadzenie do ostatniej, najpoważniejszej części płyty. Mowa przede wszystkim o „W sobotę dzieci chcą być ze mną”, który najciekawiej nawiązuje ponownie do wcześniej twórczości Myslovitz. To najlepsza kompozycja na płycie, a głos Norberta Miszkinisa wypada tu znacznie lepiej, niż dość infantylny wokal Roberta Kałuży w pozostałych utworach. Do spółki z codą w postaci „Zostawiłaś mnie”, zaskakująco udanie zamyka całość.

Przyznam, że nie za bardzo wiem, po co ta płyta powstała. Żeby zamknąć jakiś etap? Żeby udowodnić, że jesteśmy wciąż młodzi – albo inaczej: że potrafimy grać i pisać, tak jakbyśmy znowu byli młodzi? „Zachody nad St. Anthony” niesie spory dysonans, bo nagrali go dorośli ludzie po przejściach, którzy piszą i tworzą niczym zagubione nastolatki.


Powiązane materiały